Blog > Komentarze do wpisu
Praga to nie Warszawa

"Jak Ci się mieszka na Pradze?" - pyta mnie co chwilę jeden z drugim. Pytaniu najczęściej towarzyszy szyderczy uśmieszek. Gdy jeszcze sprecyzuję, że wybrałem mieszkanie w trójkącie ulic: 11 listopada, Stalowa, Szwedzka słyszę często: "To tak z własnej woli?". Standardem są też zdania: "Ja bym nie mógł" lub "A nie bałeś się?".

Pomału nie chcę mi się już mówić o faktach (stację metra – prędzej czy później - będę miał 200 metra od domu, na Stare Miasto jadę 10 minut tramwajem, a bardziej niebezpiecznie jest choćby w Śródmieściu) opowiem, więc o moich nieobiektywnych wrażeniach.

Na Pradze czuję się jak w takim małym zapomnianym miasteczku, z którego w każdej chwili mogę podjechać "do miasta". To taka prowincja, gdzie życie niespiesznie toczy się na ulicy. Tu świat nie ma tajemnic, bo nie ma osiedli strzeżonych (a przynajmniej jest ich wciąż mniej). Po prostu idę i widzę.

Pijany żul nie może utrzymać pionu na przystanku. Ktoś handluje lewymi papierosami. Bramy jak w każdym normalnym miejscu służą do tego by w nich stać i patrzeć na świat. Ewentualnie obalić piwo w dwóch łykach. Trzepaki wciąż służą za bramki, a z zakazu gry w piłkę pod blokiem, można się co najwyżej śmiać. Ludzie są tu biedniejsi, przez to więcej czasu spędzają razem.

To nie jest Warszawa z folderów reklamowych, to raczej takie "małe miasteczko Praga". Bliżej mu, do ukraińskiej prowincji, niż do berlińskiego Kreuzberga. Widzę w nim raczej osadę z Podlasia, niż "dzielnicę artystów". Nie ma czegoś takiego jak "moda na Pragę", ponieważ nigdy nie będzie mody na miejsca zapuszczone i zniszczone. A tu część kamienic wygląda, jakby przed chwilą skończyły się zabory, albo jakieś powstanie.

 Gdy jeszcze było mróz i śnieg, chodziłem do jednej kawiarni w okolicy. Właściciele palili tam w piecu drewnem, obok którego leżał pies i szczekał na klientów, gdy wchodzili. Miałem wrażenie, że jestem gdzieś w Bieszczadach. Około południa, zawsze wali tam ktoś już browary przy stoliku. Kelnerka pozdrawia stałych klientów jak rodzinę, a na podanie naleśnika trzeba poczekać: "bo maszyna nierozgrzana".

Swojskość, otwartość i życzliwość – tak bym określił ludzi, których udało mi się poznać tu do tej pory. Nigdzie indziej nie dostaję tylu kieliszków wódki na koszt firmy spod lady co tu. Nigdzie indziej nie wszedłem do sklepu po raz pierwszy, by po chwili już zmieniać płyty lecące w tle i palić papierosy z właścicielem przez kolejnych kilka godzin. Na tym polega paradoks. Największą wartością Pragi są ludzie, którzy tu mieszkają. 


środa, 24 kwietnia 2013, jeanvaljean

Polecane wpisy

  • Pętla

    Najlepsze piszę wiersze zawsze, gdy samotny jestem wsiadam wtedy w tramwaj z butelką wytrawnego wina i jeżdżę nim od pętli do pętli, od korka do dna Widok z okn

  • Rosja na krańcach Federacji

    Język rosyjski w Biszkeku jest wszędzie. Babcia do wnuczki na przystanku mówi po rosyjsku, kobieta sprzedająca narodowe przysmaki w centrum miasta zachwala je w

  • Kirgiz do Polaka: jestesmy tacy do siebie podobni

    Abdullah kiwa glowa z mina medrca, jednoczesnie przystawia palec do ust, jakby chcial mnie uciszyc, choc wcale nie chce mu nic mowic. Ot sobie stoje, a on juz z

Komentarze
2013/04/27 22:38:55
kojarzę te lewe papierosy :) na przeciwko Wileńskiego, przy wykopie pod metro. a nie wspomniałeś o cerkwi - cudna jest.
spodobała się moim dzieciom bardziej niż katolicka katedra, bo bardziej błyszcząca w środku :))
statystyka