|
sobota, 15 czerwca 2013
piątek, 14 czerwca 2013
***
Wiśniówka z cytryną, jak landrynki z dzieciństwa w sklepie na Paca
środa, 29 maja 2013
Abchazja: kraina ludzi morza i górali.
Wojciech Górecki - pisarz, dziennikarz, podróżnik - na Kaukaz jeździ już od 20 lat. Gdy przeczytałem jego ostatnią książkę Abchazja, pomyślałem: "Chciałbym z nim porozmawiać". Napisałem maila do wydawnictwa Czarne i po kilku minutach odebrałem wiadomość z pytaniem: "W czym mógłbym Panu pomóc?". W ten sposób trafiłem na ul. Koszykową do Ośrodka Studiów Wschodnich, gdzie rozmawialiśmy m.in. o celu mojej następnej podróży: Abchazji.
Bartosz Andrejuk: Rozmawiając o podróżach, przy kieliszku wódeczki, z moimi kolegami, często twierdzę, że mentalnie Polakom bliżej do Europy Wschodniej. Nie ma Pan też takiego wrażenia? Wojciech Górecki: Jesteśmy inni niż Rosjanie czy Ukraińcy, natomiast mentalnie bliżej nam do nich niż Europejczykom z Zachodu. Jednak Polska to nie Europa Wschodnia, a Środkowa. Nie mam wątpliwości. Rozumiemy i Wschód, i Zachód, ale najlepiej czujemy się w towarzystwie Czechów, Węgrów, Rumunów, bo mamy podobne doświadczenia. Należymy jednak zdecydowanie do kultury zachodniej. BA: W ostatniej książce Abchazja opowiada Pan o swoim powrocie z Kaukazu w grudniu 1995 roku. Wspomina Pan polską załogę Warsu w pociągu Budapeszt – Warszawa. Pisze Pan: „Ludzie jeszcze lubią rozmawiać. Ludzie jeszcze sobie ufają”. Ja to nadal czuję, gdy wracam dziś z Europy Wschodniej, np. z Ukrainy. WG: W Rosji, gdy przełamie się pierwszy naturalny strach, można spotkać się z większym zaufaniem do człowieka niż w Polsce. U nas ludzie nawet nie znają swoich sąsiadów. Boimy się ze sobą rozmawiać, podejrzewamy się o najgorsze intencje, nie ufamy sobie. W latach 90. było inaczej. To się zmieniało na moich oczach. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Może przez lobby producentów zamków antywłamaniowych czy rozpętywanie różnych kampanii strachu? Dziś nie wyobrażam sobie sytuacji, że wchodzę do pociągu, nie mam pieniędzy i mówię: „Zabierzcie mnie”. A oni wtedy w tym Budapeszcie mnie zabrali. W Polsce drastycznie spadło zaufanie ludzi do siebie i do państwa, które robi się coraz bardziej obce. Państwo ma też coraz mniej zaufania do obywateli. W latach 90. człowiek się bardziej z nim utożsamiał. BA: W latach 90. inny był też Kaukaz. Pan go już wtedy poznał. W 1994 notował Pan, że Abchazja to jest klucz do regionu, że jedzie Pan tam, by poczuć prawdziwy Kaukaz. Czy on jeszcze istnieje? WG: On istnieje, ale jest ukryty. Rozmawiałem z ludźmi, którzy raz tam pojechali i byli rozczarowani. Nie spodobało im się, odczuli nieprzyjemną stronę Kaukazu, czyli naciągactwo, chęć zarobienia kosztem przyjezdnych. W Kaukaz trzeba bardzo głęboko wejść. Ten prawdziwy dziś jest mniej widoczny, niż to było kiedyś paradoksalnie dlatego, że normalnieje. Są rozkłady jazdy na przystankach autobusowych. W samolotach nie lata się już na stojąco jak w latach 90. Jak chcemy się z kimś spotkać, to musimy się umówić, a nie po prostu wpaść, co skądinąd jest zmianą na lepsze. Ale w związku z tym "kaukaskości" trzeba się dobrze naszukać. BA: Do Gruzji latają już tanie linie lotnicze. WG: Gruzja jest bardzo nastawiona na turystów, zaczyna z nich żyć. Jak przyjeżdża 100 tys. ludzi przyjeżdża i wszystkich mieliby ugościć w domu, toby z torbami poszli. Oczywiście można jeszcze się na prowincji załapać na imprezę domową i poczuć trochę ten duch narodu. Podobnie jest w Abchazji, która jest bardziej powściągliwa. Tam nigdy nie było epatowania serdecznością, przynajmniej już za moich czasów. Jadąc tam pierwszy raz, ma się bardzo małe szanse, żeby dotknąć tej "kaukaskości", którą opisuję w książkach. Nie mówię, że jest to niemożliwe. Jest to po prostu trudne. BA: Kolega opowiadał mi, że jak Abchaz zdobył złoty medal na olimpiadzie w Londynie w podnoszeniu ciężarów, to cała wioska wybiegła na ulicę i wszyscy zaczęli strzelać z kałachów w niebo. Zapadła Panu jakaś szczególna klisza, obrazek w głowie z Abchazji? WG: W środku lata szedłem przez most na Inguri, łączącą Gruzję właściwą z Abchazją. Wtedy tam jeszcze nic nie jeździło. Później ONZ wprowadził busiki wahadłowe. To jest długi most. Miałem 30 kg bagażu, głównie książki i był potworny upał. Minąłem posterunek rosyjski i doszedłem do abchaskiego. Ledwo szedłem w tym słońcu. Abchaski żołnierz pierwsze, co zrobił, jak mnie zobaczył, to skoczył do blaszanego kontenera, gdzie mieścił się posterunek i wybiegł z krzesełkiem, mówiąc: "Usiądź i sobie odpocznij". Ujęło mnie to. Widział, że człowiek idzie zmęczony, to pomyślał: "Niech sobie odpocznie chwilę". Na Kaukazie mogłoby się to zdarzyć w wielu miejscach, w Polsce by się nie zdarzyło. BA: W Abchazji jest też Kaukaz, którego Pan nie znosi. Kaukaz spod znaku „taksówkarzy trajkoczących o gościnności i winie, i półdarmowych komnatach”. Na ile ten Kaukaz dominuje w Abchazji nad tym, o którym pisze Pan: „świat nienawiści i sporów, ale i straceńczej odwagi, szczodrości i serca na dłoni”? WG: Ten Kaukaz, którego nienawidzę, jest w kurortach. W zachodniej części Abchazji. Tam turysta jest ofiarą, ale tak jest wszędzie na Kaukazie. Ten drugi świat to wieś abchaska, taka tradycyjna. Ich jest najwięcej w rejonie Gudauty i Aczandary. Dwa ośrodki abchaskiego życia duchowego to Gudauta i Oczamczira. Suchumi to było zawsze kosmopolityczne miasto. Nie było abchaski z ducha. BA: W Polsce istnieje powszechne przekonanie, że „Gruzin lubi Polaka”. A jak Abchaz reaguje na naszych rodaków? WG: Wszędzie nas na Kaukazie lubią. W Abchazji sporo ludzi urodzonych w późnych latach 30., 40. i na początku 50. ma polskie imiona. Wtedy było zakazane nadawanie abchaskich. Spotyka się więc Władysławów czy Stanisławów – przez pamięć o Polakach, którzy walczyli po stronie górali w wojnie kaukaskiej w XIX wieku. Tam się z uwagi na to nas lubi. Abchazi wypominają Gruzinom, że wtedy popierali Rosję. BA: Stereotypowy Gruzin jest bardzo gościnny, kocha pić wino, jest dumny i jest porywczy. Jaki jest stereotypowy Abchaz? Na ile różni się od Gruzina? Pisał Pan o tych narodach: „Żyli ze sobą, ale obok siebie”. WG: Abchazi są bardziej skryci, mniej ekspresyjni. Typowy, klasyczny Gruzin to Kachetyjczyk. Swan jest już inny. Mergel też. Abchazi przypominają trochę Swanów. Ważna jest też przy całej powściągliwości ich otwartość na świat, na nowinki. To jest otwartość właściwa ludziom morza. To są górale, ale jednocześnie żeglarze. Naród, który łączy w sobie dwa żywioły. Do tego oczywiście opisuje ich cała paleta cech ogólnokaukaskich – są honorowi, odważni i gościnni… BA: Gdyby dziś pierwszy raz jechał Pan do Abchazji, z wiedzą, którą już Pan ma – to gdzie by Pan pojechał? WG: Starałbym się przejechać całą Abchazję. Być w miejscach ważnych dla abchaskiej duchowości, ale ten zły Kaukaz też chciałbym zobaczyć. Pojechałbym do Gagry, dzień spędziłbym w Nowym Afonie. Odwiedziłbym Pschu wysoko w górach. Starałbym się doświadczyć abchaskiej różnorodności. I pojechałbym do Czegemu. Nigdy w życiu nie byłem w Czegemie. Może w tym roku się uda? ******
piątek, 10 maja 2013
wtorek, 07 maja 2013
Wakacje w Abchazji
Cofnijmy się najpierw w czasie:
-------------- SPRAWDŹ JAK TO ZROBIĆ
środa, 24 kwietnia 2013
Praga to nie Warszawa
"Jak Ci się mieszka na Pradze?" - pyta mnie co chwilę jeden z drugim. Pytaniu najczęściej towarzyszy szyderczy uśmieszek. Gdy jeszcze sprecyzuję, że wybrałem mieszkanie w trójkącie ulic: 11 listopada, Stalowa, Szwedzka słyszę często: "To tak z własnej woli?". Standardem są też zdania: "Ja bym nie mógł" lub "A nie bałeś się?".
wtorek, 16 kwietnia 2013
Dźwig z widokiem na Stocznię Gdańską
Jak dobrze, że nie mieszkam w tym mieście, bo bym chyba codziennie chodził do Stoczni. Mógłbym tam siedzieć bez końca , grać z ochroniarzem w karty, gapić się przez pęknięte szyby na świat i zastanawiać się kiedy tak będzie wyglądać Pałac Kultury.
wtorek, 02 kwietnia 2013
Teufelsberg, "Diabelska Góra" w Berlinie
Zostawiłem na chwilę praskie bramy, by powłóczyć się po berlińskich bezdrożach. "Diabelską Górę" pierwszy raz widziałem na teledysku JWP "Tworzymy Historię". Jak się już dowiedziałem w Berlinie, Teufelsberg to ulubione miejsce wagarowiczów, samobójców, graficiarzy, a kiedyś amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Nie mogłem się tam nie wybrać! Do upadku Muru Berlińskiego było tam ponoć "centrum szpiegowsko-podsłuchowe". Powstało ono na górze, która została usypana po wojnie z gruzów Berlina.
czwartek, 28 marca 2013
Przystanek na żądanie
Zawsze chciałem wracać do domu takimi ścieżkami, bym nie miał wątpliwości, że mieszkam w Warszawie. Dlatego wróciłem na Pragę. Jest środa. Idę Traktem Królewskim do domu. Rząd taksówek na Nowym Świecie przypomina mi o wymarłym Poznaniu, gdzie byłem w poniedziałek. Mijam kebab przy bramie UW. Z pobłażaniem patrzę na policjanta, który spisuje kogoś za picie piwa na przystanku. Myślę o mundurowym: "Wpadnij na Pragę" i idę do "Przekąsek". Nie byłem tam już dość długo. Przy barze jakiś lamus mówi do pana Romana "Podziwiam pana charyzmę". Roman dalej czaruje dziewczyny i zbija ze mną piątkę. Stałych klientów się przecież nie zapomina. Zamawiam wódkę ze śledziem. Zdejmuję szalik Legii z szyi i układam na barze tak by każdy widział godło. Pytam Romana: "Jak zdrowie?". Wychylam obrzydliwie ciepłą wódkę, patrzę na głośnych turystów z Madrytu i mam dość. Idę dalej Śląsko-Dąbrowskim na Pragę. Przy Targowej wsiadam w N02. Pięciu żuli śpi z tyłu autobusu. Wyglądają jak takie domino z ludzi. Pytam typa w dresach, czy jest przystanek na Szwedzkiej. "A skąd jesteś?" odpowiada. Zgodnie z prawdą mówię "Z Grochowa, bo co?". Pokazuje mi rozkład jazdy bym sobie sam sprawdził. Tak robię i wysiadam w al. Solidarności.
poniedziałek, 18 marca 2013
Tramwajem jadę na Pragę
Tramwaj numer 23 jeździ ulicą Stalową. Jeszcze przed przeprowadzką na Pragę widziałem jak zatrzymał się na przystanku, a z dachu wagonu Swinga błyskawicznie zszedł chłopak. Zwinny jak jaszczurka pasażer na gapę zeskoczył na chodnik, rozejrzał się na boki i prysnął między kamienice. Gdyby ktoś opowiedział o tym Tyrmandowi ten pewnie wzruszyłby tylko ramionami. W Dzienniku 1954 przecież pisał: Spędziłem życie w tramwajach. Tramwaj warszawski jest symbolem egzystencji. Pełna zgoda. Chłopak jadący na dachu tramwaju mógłby być spokojnie symbolem życia po prawej stronie Wisły, tak samo jak ten wspinający się po kratach kamienicy do swojego mieszkania na pierwszym piętrze.
Takie scenki tu to nic nadzwyczajnego, przecież przeprowadziłem się "do Azji". Byłem kiedyś też w tej prawdziwej. W Wietnamie, Tajlandii i Kambodży przeżywałem kulinarne uniesienia jedząc tam przysmaki azjatyckiej kuchni. Tak dobrej zupy PHO jak na ulicach Sajgonu nie jadłem chyba nigdzie. Nasza stołeczna "Azja" też mnie ostatnio kulinarnie zachwyciła. W niedzielę rano na gigantycznym kacu zapukałem do Szynku Praskiego na – nomen omen – ul. Stalowej. Było jeszcze grubo przed otwarciem. Pani jednak tylko na mnie spojrzała i doskonale wiedziała czego mi trzeba. Podała mi jeden z najlepszych w moim życiu żurków. Krzesła stały odwrócone na stolikach, a ja byłem w siódmym niebie. Przypomniała mi się wtedy Ukraina i Rusłan, który w autobusie z Lwowa do Warszawy wyciągnął flaszkę wódki. Podał mi ją i uśmiechnięty od ucha do ucha powiedział: "Rusłan jestem". Pisałem o tym tu. Ostatnio podobną sytuację miałem na Pradze przy ul. Strzeleckiej, gdzie płonęła kamienica. Poznałem tam dwóch miejscowych. Jeden wyszedł właśnie z więzienia, drugiemu urodziło się dziecko. Bez pół litra i tym razem się nie obeszło.
|
Archiwum
Zakładki:
Loguuuum
Lubimy się:
Mjuzik, mjuzik
Zaprzyjaźnieni
Ziuuum
|