Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
piątek, 04 września 2015
Uzależnienie od Ukrainy

Przez lata podróżowania na wschód nauczyłem się, że nie osądza się tam przynajmniej jednej rzeczy: miłości. Gdy zrobisz coś nieodpowiedzialnego dla rodziny - a tym bardziej dla kobiety, którą kochasz - usłyszysz słowa zrozumienia i wsparcia - "Eta ljubow". Taki też Majdan zapamiętałem: dla dobra rewolucji nie zawsze był pokojowy, a mimo to wszystko zostało mu wybaczone. Jednak czy cena nie była zbyt wysoka?

W grudniu 2013 roku w drodze na Majdan po raz pierwszy czułem, że muszę tam być. To samo w styczniu, lutym, marcu i kwietniu. Prawie pół roku wyszarpywania dni z kalendarza by obserwować i opisywać to co działo się w Kijowie.

Jak nieodpowiedzialne i źle zaplanowane były te wyjazdy, niech potwierdzą Ci, którzy widzieli mnie, gdy za każdym razem w ostatniej chwili do torby podróżnej pakowałem jedną koszulę i zaraz meldowałem się na Dworcu Zachodnim. Tam o 21.30 wsiadałem do autobusu rejsowego i jechałem z Warszawy do Lwowa, a później dalej choćby na kilka dni na Majdan Niezależności, Krym, do Charkowa, Zaporoża, Odessy czy Dniepropietrowska. Za każdym razem, po to by lepiej rozumieć. Za każdym razem, byłem pewien, że to już ostatnia podróż "na Majdan".

Poszukiwacze przygód

Takich jak ja polskich dziennikarzy - uzależnionych od Ukrainy w tamtym czasie - na Majdanie było więcej. Niektórym przez rewolucję na wschodzie rozleciały się związki, ponieważ przez długie tygodnie żyli tylko tym co się działo w Kijowie. Nie pytaliśmy: „Czy jedziesz?”, ale „Kiedy się spotkamy na Majdanie?”. Na takich jak my niektórzy pogardliwie mówili „poszukiwacze przygód”, bo w gruncie rzeczy była to przygoda. Spaliśmy pokotem w biurze prasowym na karimatach, czy budynkach przejętych przez rewolucjonistów i to my byliśmy pierwsi rano na konferencjach prasowych. Te zresztą i tak najmniej nas obchodziły, bo my chcieliśmy poznać prawdę o Majdanie, a tę znali ludzie stojący na mrozie, a nie politycy na konferencjach.

Wtedy nie miało znaczenia też, którą redakcje reprezentujesz, ale jak dobre zdjęcie zrobiłeś, czy tekst napisałeś. W Profspiłkach - spalonym w lutym 2014 r. biurze prasowym -  tworzyliśmy „polski stolik”, ponieważ pracowaliśmy razem, podpowiadaliśmy sobie, pomagaliśmy w tłumaczeniach, razem w środku nocy jechaliśmy sprawdzić niesprawdzone informacje. Gazeta Polska razem z Gazetą Wyborczą, TVN24 obok Radia Wnet. To była dla mnie prawdziwa rewolucja, no i szkoła dziennikarstwa, ponieważ na Majdanie okazało się też, że nikomu - a przede wszystkim liderom ukraińskiej opozycji - nie wolno wierzyć „na słowo”.  W tej plątaninie interesów, biznesów i polityki, wielu chciało rękami dziennikarzy, ale przede wszystkim prostych ludzi, którzy uwierzyli, że wymiana elit może zmienić ich życie, ugrać jak najwięcej. Właśnie dlatego na Majdanie podziwiałem najbardziej -  i myślę, że nie tylko ja - tych prostych ludzi, którym przyśniła się radykalna zmiana ich kraju, radykalna wymiana elit przeżartych przez korupcję. Sen o Unii Europejskiej, to tak naprawdę sen o normalności.

Molodcy znaczy zuchy

Sen ten śnili zresztą nie tylko Ukraińcy, którzy byli na Majdanie. Argument mojego ojca, który powtarzał, że kilka tysięcy osób na placu w Kijowie w ponad 40 milionowym kraju, to jest kropla w morzu, mnie nie przekonywał. Kropla przecież drąży skały, a Majdan okazał się tykającą bombą, która odsłoniła prawdziwe oblicze Rosji. O tym, że lont się pali świadczyły szczegóły. Na granicy w Medyce, ludzie – tak zwane „mrówki” na nasze – „Wracamy z Majdanu Niezależności” do pogranicznika reagowali pomrukiem podziwu. To ich ciche „Molodcy” (czyli „zuchy”), które słyszeliśmy było jak zapewnienie, że stoimy po właściwej stronie barykady.

O tym, przekonał mnie też nastoletni Wasyl w Dniepropietrowsku, gdzie skromny – bo ciągle rozganiany -  Majdan na początku lutego przyciągał może kilkadziesiąt osób. Mimo tych trudności chłopak był pełen wiary w demokracje, wolność i sprawiedliwość. Młody idealista odcinał się od radykałów  i wierzył, że lepszy świat jest możliwy. W pewnym sensie zawstydzał mnie. Właśnie dlatego to jemu dałem koszulkę „Solidarności”, którą za każdym razem woziłem ze sobą na Wschód.

O ważności Majdanu przekonał mnie też – w sposób symboliczny - Olek z Drohobycza, który – choć go nie znaliśmy - w styczniu podbiegł do mnie i do Franka Rapackiego przed Profspiłkami i zapytał uśmiechnięty „Co tam u was żurnalisty z Polszy?” energicznie przybijając piątkę. Olek zginął 9 lutego od strzału snajpera na Majdanie, tak jak sto innych osób. Zginął od strzału, którego wszyscy się spodziewali.

Dzięki znajomościom w Samoobronie Majdanu wiedzieliśmy, gdzie i kiedy „zacznie się”. - Po co wracacie do Polski, we wtorek będą pierwsi zabici - mówił nam w lutym jeden z szefów rewolucji, tuż przed „czarnym tygodniem” kijowskiego powstania. I tym razem też się nie pomylił. Po raz kolejny sprawdziła się jego przepowiednia co do końca zawieszenia broni. Skąd wiedział, kiedy Berkut zacznie rozstrzeliwać Majdan? Może stąd, że to radykałowie Majdanu pod flagami Unii Europejskiej doprowadzili do eskalacji przemocy? Czy było to konieczne? Czy można było tego uniknąć? Czy cena za zwycięstwo Majdaniu nie była zbyt wysoka? Te pytania do dziś mnie męczą. Wiem jednak, że gdyby nie skrajne skrzydło Majdanu rewolucja by nie zwyciężyła, a to dzięki niej przecież poznaliśmy prawdziwą twarz Władimira Władimirowicza Putina. Tylko czy z tą wiedzą świat zdolny jest zrobić pożytek?

TEKST UKAZAŁ SIĘ W 72 NUMERZE FRONDY LUX W 2014 r


14:48, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 września 2015
Nie jestem, kur***, blogerem.

Kiedy to było? Przed chwilą, a z pewnością jeszcze w 2013 roku, bo wtedy tu opublikowałem ostatni swój wpis. Zawsze traktowałem tego bloga jako taki kalendarz, dzięki któremu wiem, że w czerwcu 2006 roku byłem w USA, a w czerwcu 2008 roku na koncercie Boba Dylana. Niestety zdjęcia z wyjazdu do Drohobycza na cmentarz żydowski z listopada 2013 roku (opublikowane w grudniu) to mój tu ostatni wpis, a co było dalej?

To nie o różach, nie o bratkach są to słowa, bo przecież sporo się działo, trudno to wszystko zliczyć. Miejsca, ludzie, awantury, rozstania i powroty. Stemple w paszporcie, podróże autostopem, pociągami, marszrutkami.

Mniej więcej jakoś tak:

Czarnobyl, Lwów i Kijów i Majdan  raz w miesiącu w 2014 roku, Odessa kilka razy, Charków, Zaporoże, Hulajpole (luty 2014), Sewastopol, Symferopol, Eupatoria, Mińsk, Pińsk, Brześć (maj 2014), Użhorod, Stryj, Sambor, Kołomyja, Rachów, Sołotwino, Syhot Marmaroski, Sapanta, Satu Mare, Nyiregyhaza, Tokaj, Koszyce, Zakopane (lipiec 2015) .. ale też Teheran, Qom, Isfahan, Yazd, Sziraz i dalej irański Kurdystan, Kermanszach i pogranicze irańsko - irackie aż do Marivan (pażdziernik 2014).

Hotel Plaza, śpiwór, plaża

Jednak choćby przyszło tu tysiąc atletów, zliczyć tych wszystkich wyjazdów  już mi się nie chce. To czemu budzę duchy tego blogaska? Nie dla sławy i nie dla pieniędzy, to prawilnie przypominam. Więc po co? Kiedyś, nie tak dawno zresztą, przy barze klubu Klaps, przy mocno zakrapianym wieczorze, w obecności dobrych koleżków, podszedłem do dziewczyny, a ona mówi: Ja cię znam. Ty masz bloga Beznaswy. Zdębiałem to fakt, bo to już długo jak nic nie pisałem, ale jednak dziewczyna miała racje, no mam bloga, a zaraz, bo 20 września, jadę do Kirgistanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu, więc dlaczego by nie znów powrzucać trochę zdjęć?

Nie jestem typem, co przy każdym wyjeździe zakłada nowego bloga, choć pewnie wielu, jak sadzę, myśli, że błądzę i mnoży te blogi, to jednak mój jest ten kawałek blogaska i nie zawaham się go użyć, bo od początku żyję tu, gdzie te historie się toczą, dlatego też, bez spinki i notki codziennej, spróbuję dalej ciągnąć ten mandżur.

p.s. Dla tego, kto pierwszy poda liczbę ukrytych w tym wpisie cytatów z piosenek hip-hopowych przewidziano nagrodę. Nagrodę wygrywa Jasiu, konkurs rozstrzygnięty, odpowiedź padła na fejsie. Cytatów jest 7. Jeden ukrył się w tytule, 6 w tekście.



02:14, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 grudnia 2013
Żydowski cmentarz w Drohobyczu

Cmentarz żydowski w Drohobyczu - listopad 2013

21:16, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 sierpnia 2013
Realia z życia na Pradze

- To był helupiarz – mówi - dajmy na to Antek -  na ławce, gdzieś na Pradze Północ. Antek wypił właśnie wódkę z gwinta i tłumaczy, że heroinistów nikt na osiedlu nie chce. Przed chwilą jednego  przegonił ciosem w twarz. Dołożył pustą butelką w plecy. Gdy poobijany narkoman uciekł, Antek wrócił do milczącej grupy obserwatorów i o człowieku mówi jak o wszy. - Takich trzeba tępić jak lewaków – z nienawiścią na twarzy. Opowiada o tym, że zbyt wiele osób na osiedlu płakało przez ciężkie narkotyki, by tolerować tych, którzy rodzinę sprzedadzą za działkę. Tu kompromisy nie istnieją.

Przy ławce siedzi osiem osób. Nie wszyscy się znają, wszyscy byli świadkami pobicia helupiarza. Każdy milczy.  Sytuacja nikogo nie dziwi. Dlaczego w statystykach policyjnych Praga Północ nie jest najniebezpieczniejszym miejscem w Warszawie? Tu porachunki dzieją się w bramach. Statystyki tego nie obejmują. Dlaczego? Miejscowy kodeks jest prosty: kapować nie wolno. Nie wolno nawet obgadywać. Tak wychowuje podwórko. Ludzie mają to we krwi. Nie ma to nic wspólnego z romantycznym obrazem "warszawskiego cwaniaka" znanego z piosenek Grzesiuka.

"Kobieta to glejt"

Do ławki wraca osoba, której nikt nie zna. Przed chwilą odszedł za potrzebą. Był jednym z tych, którzy milczeli, gdy bito narkomana. Żartuje głośno - Co, już mnie obgadaliście? -  To wystarczy, by dwie osoby bez słowa obezwładniły go. Wyginają mu ręce, sprowadzają do parteru i przystawiają pięści do twarzy. Sprawdzają portfel. Ten jest pusty. - Częstowaliśmy Cię wódką i papierosami, a ty nas o obgadywanie posądzasz? - pytają wściekli.

 - To był żart, panowie – tłumaczy naiwniak i chce kupić wódkę dla wszystkich na zgodę. - Nie masz pieniędzy – kpią napastnicy - Mam kartę – mówi ofiara. Ci wyczuwają interes i pomagają poobijanemu wstać. - Tu jest Praga, a nie wieś. Zachowuj się – strofują i podają ręce na zgodę, choć przed chwilą byli wściekli.  Patrzy na to około 50 letni Piotrek od urodzenia mieszkający po prawej stronie Wisły. Nie może uwierzyć w to co widzi. Na boku tłumaczy "naiwniakowi", że praski kodeks cwaniaka już nie istnieje. Przeprasza za swoich towarzyszy. - Kiedyś wystarczyło, że szedłeś z dziewczyną. To był glejt. Obecność kobiety sprawiała, że nie wolno było Cię dotknąć. Tych zasad już nie ma – tłumaczy.

*zdjęcia to stopklatka z filmu o warszawskiej Pradze "Ludzie z pustego obszaru" z 1957 roku, który można zobaczyć TU

Czy aż tak bardzo Praga się od zmieniła?

CDN


22:47, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 lipca 2013
Oczamczira, Abchazja

12:48, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 czerwca 2013
Z łódki na herbatkę, czyli jak prezydent wyszła do ludzi

Herbata z mieszkańcami Bemowa, sprawdzanie wałów przeciwpowodziowych, czy oglądanie pękniętej rury - to tylko część akcji Hanny Gronkiewicz-Waltz po tym jak referendum w sprawie jej odwołania stało się realne. Prezydent z dnia na dzień zaczęła być częściej obecna w mediach, a na facebooku zaczęła pisać o swoich działaniach w pierwszej osobie. 

- Referendum, choć dopiero przed nami, a już przynosi efekty - skomentował Maciej zdjęcie, na którym Hanna Gronkiewicz-Waltz ćwiczy na publicznej siłowni w czasie swojej gospodarskiej wizyty na Bemowie. Zmiana wizerunku prezydent to pierwsza strona medalu. Druga to wciąż zdecydowanie negatywne komentarze na forum tvnwarszawa.pl. Internauci krytykują, że picie herbaty z mieszkańcami bloku przy ul. Sucharskiego to "polityczny PR", "propaganda przypominająca erę Gierka", czy zwykła "gra pod publiczkę".

"Czy Pani się na tym zna?"

Przypomnijmy jednak, że jeszcze do niedawna przeciwnicy prezydent mówili, że "jest odklejona od rzeczywistości", a problemów miasta nie tłumaczy osobiście, ale przez rzeczników prasowych. Ta krytyka, razem z rosnąca liczbą podpisów pod referendum w sprawie jej odwołania, sprawiły, że Hanna Gronkiewicz-Waltz "wyszła do ludzi”. To co do niedawna było niemożliwe, stało się faktami.

I tak prezydent zaczęła "mówić ludzkim głosem". - Wraz ze strażą pożarną sprawdzam stan wałów przeciwpowodziowych w związku z podwyższonymi stanami wody na Wiśle – napisała na znanym portalu społecznościowym i dodała zdjęcie, na którym widać jak zza mostka kapitańskiego obserwuje Wisłę i stan wałów. Internauci jednak i w tym przypadku okazali się bezlitośni. - Stan wałów, to trzeba sprawdzać w Ratuszu - zakpił Jacek. - Czy Pani się na tym zna? - zapytał Mieczysław. Odpowiedzi nie poznaliśmy, ale już kilka dni później Hanna Gronkiewicz - Waltz pojawiła się obok pękniętej magistrali, która pozbawiła wody 100 tys ludzi w dzielnicach Włochy i Ursus. Zanim pojawiła się groźba referendum, do takich wizyt nie dochodziło.

"Puk, puk. Kto tam?"

Ostatnim jak do tej pory krokiem ku "ociepleniu wizerunku" prezydent było spotkanie na Bemowie przy herbacie z mieszkańcami Bemowa. Hanna Gronkiewicz-Waltz miała pukać od drzwi do drzwi i przez 3 godziny rozmawiać z ludźmi o nowych cenach za wywóz śmieci i zasadach ich segregacji. W czasie swojej wizyty wypróbowała również jak działa miejska publiczna siłownia na jednym z podwórek. Zdjęcie ćwiczącej prezydent od razu zrobiło furorę w Internecie. – Najpiehw bajceps, a potem dziesięć długości khaulem po Tohuńskiej – taki ironiczny podpis znalazł się na zdjęciu z siłowni, ledwie kilka godzin po tym jak fotografia trafiła do internetu.

Jakie kolejne akcje zaplanowała prezydent na najbliższe tygodnie? Tego rzecznik Ratusza - Bartosz Milczarczyk – nie chciał nam zdradzić, ale zapowiedział kolejne wizyty gospodarskie. -  Spotkania informacyjne będą tak często jak tylko się da, ale nie zaniedbując obowiązków  – mówi rzecznik i zapewnia, że spotkania z warszawiakami to w przypadku Hanny Gronkiewicz-Waltz nic nadzwyczajnego - Była obecna na Nocy Pragi, Dniach Ursynowa, przekazuje budynki komunalne, czy ostatnio przedszkole na Targówku – mówi Milczarczyk, lecz nie dodaje, że wszystkie te wydarzenia miały miejsce w ostatnich tygodniach.

 

11:57, jeanvaljean
Link Komentarze (3) »
sobota, 15 czerwca 2013
Tkwarczeli

18:50, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 czerwca 2013
***

Wiśniówka z cytryną, jak landrynki z dzieciństwa w sklepie na Paca
Espresso z haszyszem jak Nirwana z kaset puszczanych przez brata
Papieros w kinie Sokół nie wróci, bo życia kolegium wciąż dusi i dusi
Pchły melancholii to bajka, co śni mi się gdy, bez puenty noce
zmieniają się w dni. Jeż ich na plecach to nie jest supełek,
fikołek niewinny, życiowy kundelek.

19:16, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 maja 2013
Abchazja: kraina ludzi morza i górali.

Wojciech Górecki - pisarz, dziennikarz, podróżnik - na Kaukaz jeździ już od 20 lat. Gdy przeczytałem jego ostatnią książkę Abchazja, pomyślałem: "Chciałbym z nim porozmawiać". Napisałem maila do wydawnictwa Czarne i po kilku minutach odebrałem wiadomość z pytaniem: "W czym mógłbym Panu pomóc?". W ten sposób trafiłem na ul. Koszykową do Ośrodka Studiów Wschodnich, gdzie rozmawialiśmy m.in. o celu mojej następnej podróży: Abchazji. 



Bartosz Andrejuk: Rozmawiając o podróżach, przy kieliszku wódeczki, z moimi kolegami, często twierdzę, że mentalnie Polakom bliżej do Europy Wschodniej. Nie ma Pan też takiego wrażenia?

Wojciech Górecki: Jesteśmy inni niż Rosjanie czy Ukraińcy, natomiast mentalnie bliżej nam do nich niż Europejczykom z Zachodu. Jednak Polska to nie Europa Wschodnia, a Środkowa. Nie mam wątpliwości. Rozumiemy i Wschód, i Zachód, ale najlepiej czujemy się w towarzystwie Czechów, Węgrów, Rumunów, bo mamy podobne doświadczenia. Należymy jednak zdecydowanie do kultury zachodniej.

BA: W ostatniej książce Abchazja opowiada Pan o swoim powrocie z Kaukazu w grudniu 1995 roku. Wspomina Pan polską załogę Warsu w pociągu Budapeszt – Warszawa. Pisze Pan: „Ludzie jeszcze lubią rozmawiać. Ludzie jeszcze sobie ufają”. Ja to nadal czuję, gdy wracam dziś z Europy Wschodniej, np. z Ukrainy.

WG: W Rosji, gdy przełamie się pierwszy naturalny strach, można spotkać się z większym zaufaniem do człowieka niż w Polsce. U nas ludzie nawet nie znają swoich sąsiadów. Boimy się ze sobą rozmawiać, podejrzewamy się o najgorsze intencje, nie ufamy sobie. W latach 90. było inaczej. To się zmieniało na moich oczach. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Może przez lobby producentów zamków antywłamaniowych czy rozpętywanie różnych kampanii strachu? Dziś nie wyobrażam sobie sytuacji, że wchodzę do pociągu, nie mam pieniędzy i mówię: „Zabierzcie mnie”. A oni wtedy w tym Budapeszcie mnie zabrali. W Polsce drastycznie spadło zaufanie ludzi do siebie i do państwa, które robi się coraz bardziej obce. Państwo ma też coraz mniej zaufania do obywateli. W latach 90. człowiek się bardziej z nim utożsamiał.

BA: W latach 90. inny był też Kaukaz. Pan go już wtedy poznał. W 1994 notował Pan, że Abchazja to jest klucz do regionu, że jedzie Pan tam, by poczuć prawdziwy Kaukaz. Czy on jeszcze istnieje?

WG: On istnieje, ale jest ukryty. Rozmawiałem z ludźmi, którzy raz tam pojechali i byli rozczarowani. Nie spodobało im się, odczuli nieprzyjemną stronę Kaukazu, czyli naciągactwo, chęć zarobienia kosztem przyjezdnych. W Kaukaz trzeba bardzo głęboko wejść. Ten prawdziwy dziś jest mniej widoczny, niż to było kiedyś paradoksalnie dlatego, że normalnieje. Są rozkłady jazdy na przystankach autobusowych. W samolotach nie lata się już na stojąco jak w latach 90. Jak chcemy się z kimś spotkać, to musimy się umówić, a nie po prostu wpaść, co skądinąd jest zmianą na lepsze. Ale w związku z tym "kaukaskości" trzeba się dobrze naszukać.

BA: Do Gruzji latają już tanie linie lotnicze.

WG: Gruzja jest bardzo nastawiona na turystów, zaczyna z nich żyć. Jak przyjeżdża 100 tys. ludzi przyjeżdża i wszystkich mieliby ugościć w domu, toby z torbami poszli. Oczywiście można jeszcze się na prowincji załapać na imprezę domową i poczuć trochę ten duch narodu. Podobnie jest w Abchazji, która jest bardziej powściągliwa. Tam nigdy nie było epatowania serdecznością, przynajmniej już za moich czasów. Jadąc tam pierwszy raz, ma się bardzo małe szanse, żeby dotknąć tej "kaukaskości", którą opisuję w książkach. Nie mówię, że jest to niemożliwe. Jest to po prostu trudne.

BA: Kolega opowiadał mi, że jak Abchaz zdobył złoty medal na olimpiadzie w Londynie w podnoszeniu ciężarów, to cała wioska wybiegła na ulicę i wszyscy zaczęli strzelać z kałachów w niebo. Zapadła Panu jakaś szczególna klisza, obrazek w głowie z Abchazji?

WG: W środku lata szedłem przez most na Inguri, łączącą Gruzję właściwą z Abchazją. Wtedy tam jeszcze nic nie jeździło. Później ONZ wprowadził busiki wahadłowe. To jest długi most. Miałem 30 kg bagażu, głównie książki i był potworny upał. Minąłem posterunek rosyjski i doszedłem do abchaskiego. Ledwo szedłem w tym słońcu. Abchaski żołnierz pierwsze, co zrobił, jak mnie zobaczył, to skoczył do blaszanego kontenera, gdzie mieścił się posterunek i wybiegł z krzesełkiem, mówiąc: "Usiądź i sobie odpocznij". Ujęło mnie to. Widział, że człowiek idzie zmęczony, to pomyślał: "Niech sobie odpocznie chwilę". Na Kaukazie mogłoby się to zdarzyć w wielu miejscach, w Polsce by się nie zdarzyło.

BA: W Abchazji jest też Kaukaz, którego Pan nie znosi. Kaukaz spod znaku „taksówkarzy trajkoczących o gościnności i winie, i półdarmowych komnatach”. Na ile ten Kaukaz dominuje w Abchazji nad tym, o którym pisze Pan: „świat nienawiści i sporów, ale i straceńczej odwagi, szczodrości i serca na dłoni”?

WG: Ten Kaukaz, którego nienawidzę, jest w kurortach. W zachodniej części Abchazji. Tam turysta jest ofiarą, ale tak jest wszędzie na Kaukazie. Ten drugi świat to wieś abchaska, taka tradycyjna. Ich jest najwięcej w rejonie Gudauty i Aczandary. Dwa ośrodki abchaskiego życia duchowego to Gudauta i Oczamczira. Suchumi to było zawsze kosmopolityczne miasto. Nie było abchaski z ducha.

BA: W Polsce istnieje powszechne przekonanie, że „Gruzin lubi Polaka”. A jak Abchaz reaguje na naszych rodaków?

WG: Wszędzie nas na Kaukazie lubią. W Abchazji sporo ludzi urodzonych w późnych latach 30., 40. i na początku 50. ma polskie imiona. Wtedy było zakazane nadawanie abchaskich. Spotyka się więc Władysławów czy Stanisławów – przez pamięć o Polakach, którzy walczyli po stronie górali w wojnie kaukaskiej w XIX wieku. Tam się z uwagi na to nas lubi. Abchazi wypominają Gruzinom, że wtedy popierali Rosję.

BA: Stereotypowy Gruzin jest bardzo gościnny, kocha pić wino, jest dumny i jest porywczy. Jaki jest stereotypowy Abchaz? Na ile różni się od Gruzina? Pisał Pan o tych narodach: „Żyli ze sobą, ale obok siebie”.

WG: Abchazi są bardziej skryci, mniej ekspresyjni. Typowy, klasyczny Gruzin to Kachetyjczyk. Swan jest już inny. Mergel też. Abchazi przypominają trochę Swanów. Ważna jest też przy całej powściągliwości ich otwartość na świat, na nowinki. To jest otwartość właściwa ludziom morza. To są górale, ale jednocześnie żeglarze. Naród, który łączy w sobie dwa żywioły. Do tego oczywiście opisuje ich cała paleta cech ogólnokaukaskich – są honorowi, odważni i gościnni…

BA: Gdyby dziś pierwszy raz jechał Pan do Abchazji, z wiedzą, którą już Pan ma – to gdzie by Pan pojechał?

WG: Starałbym się przejechać całą Abchazję. Być w miejscach ważnych dla abchaskiej duchowości, ale ten zły Kaukaz też chciałbym zobaczyć. Pojechałbym do Gagry, dzień spędziłbym w Nowym Afonie. Odwiedziłbym Pschu wysoko w górach. Starałbym się doświadczyć abchaskiej różnorodności. I pojechałbym do Czegemu. Nigdy w życiu nie byłem w Czegemie. Może w tym roku się uda? 

******

Wojciech Górecki, ur. w 1970 roku w Łodzi. Zadebiutował w 1986 roku na łamach "Sztandaru Młodych". Współpracował m.in. z "Gazetą Wyborczą", "Życiem Warszawy", "Rzeczpospolitą", "Więzią", "Res Publicą Nową" i "Tygodnikiem Powszechnym". Członek zespołu redakcyjnego "Tygla Kultury", stały współpracownik "Nowej Europy Wschodniej". Współautor filmu dokumentalnego Boskość Stalina w świetle najnowszych badań (TVP 1998).
Autor książek: Łódź przeżyła katharsis (1998), Planeta Kaukaz (2002), La terra del vello d'oro. Viaggi in Georgia (2009), Toast za przodków (2010). i Abchazja, która zamyka kaukaski tryptyk.
W latach 2002–2007 pierwszy sekretarz, a następnie radca w Ambasadzie RP w Baku. Był ekspertem misji UE badającej okoliczności wojny w Gruzji w 2008 roku. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. W 2011 roku był finalistą Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz został nominowany do nagrody Nike 2011.  

Notka biograficzna za czarne.com.pl

14:13, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 maja 2013
To nie jest osiedle strzeżone

18:51, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
statystyka