Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
wtorek, 28 lutego 2012
Tu gdzie kończy się Służewiec, a zaczyna Służew

Wędliny były tu od zawsze. Czy smaczne? Nie wiem, ponieważ tutejsze specjały znam tylko zza szyby. Choć niewiele mogę o nich powiedzieć, to prawdą jest, że przechodzę obok tej budy z mięsem praktycznie codziennie od czasów końca szkoły podstawowej (odliczając nieudane wyprowadzki, wakacje, weekendy i inne takie takie). Wiem jednak jedno, w znacznie większym sklepie tuż obok, też na rogu Bełdan i Alei Lotników, zdążył już być salon piękności, fryzjer, pizza Da Grasso i ze dwie restauracje niesieciowe. Wszystkie prędzej czy później upadały. Tylko budzie z wędlinami udało się utrzymać przynajmniej już z 15 lat na rynku. Jakiś czas temu sprawili sobie nawet coś na kształt ładnego świecącego napisu. Pod daszkiem wieczorową porą można spotkać okolicznych mieszkańców przy piwku i papierosie.

 

Każdy, kto w latach 90-tych jeździł po kasety magnetofonowe na bazarek przy Wałbrzyskiej, zna to miejsce. Bar Ornak stał i nadal stoi przy skrzyżowaniu z Puławską. Nie pamiętam czasu by go nie było. Jadłem tam tylko raz i były to frytki w papierowym rożku. Przypominały te z Dworca Centralnego: przesiąknięte starym olejem i przesolone. Pyszne! Obok na bazarku, oprócz kaset magnetofonowych, kupowałem papierosy na sztuki. Ciekawe czy dalej jest to możliwe?

 

W czasach, gdy przy Wałbrzyskiej nie było jeszcze McDonalda, to zamiast na hamburgera przychodziło się tu kupować naklejki do albumu Panda albo Super Auto. Co jakiś czas pojawiał się pan z łóżkiem polowym i sprzedawał naklejki na sztuki, dzięki temu mogłem dostać tylko te, których brakowało mi do całej kolekcji. Mokpol na rogu Puławskiej i Wałbrzyskiej miał pomarańczową (żółtą?) elewację. Pamiętam to jak przez mgłę. Kupowałem w nim Mazowszankę w szklanych butelkach. Gdy pojawił się McDonald (połowa lat 90-tych?) napis "Służew nad Dolinką" zniknął razem z dzikim handlem od strony Puławskiej. Naklejki do albumów mi i moim kolegom się znudziły. Zostaliśmy skate'ami. Siedzieliśmy pod Makiem i paliliśmy papierosy. Skakaliśmy na rolkach przez kartony przynoszone ze śmietnika. Zdjęcie zrobione było trochę wcześniej bo w roku 1978 lub 1979. 

Zdjęcie z archiwum Ryszarda Rudola z facebooka profilu Służew

 

Przy tym samym skrzyżowaniu, po drugiej stronie ulicy, do dziś stoją dwa ciekawe sklepy. Ten ukryty za cukiernią nazywał się "Coś śmiesznego". Gdy na osiedlu nuda wychodziła już z każdej klatki schodowej, szliśmy całą bandą właśnie tam, by kupić fajerwerki i zrobić coś śmiesznego. Zresztą nie tylko petardy kupowaliśmy. Z najbardziej przydatnych rzeczy dostępne było sztuczne gówno, smród w spreyu, czy zgniłe jajo w fiolce. Najczęściej kupowaliśmy jednak korsarze i wysadzaliśmy puszki po napojach. Kiedyś odpaliłem dwa i wrzuciłem do jednej puszki. Wszyscy odbiegli, ale wybuchła tylko jedna petarda. Podszedłem i podniosłem tę, która nie wybuchła. Na szczęście straciłem tylko pół paznokcia. Dziś nie ma już "Coś śmiesznego". Jest piekarnia.

 

Obok piekarni stoi cukiernia. Tu nie zmieniło się praktycznie nic. (Powstała chyba mocno po 2000 roku? Jak słusznie zauważył Bart77 cukiernia istniała już w latach 90-tych) Wciąż mają tu najlepsze lody truskawkowe w Warszawie. Nadal potrafię zamówić 5 kulek samych owocowych.

*Tytuł notki to fragment piosenki Kubson "O Warszawie"

00:36, jeanvaljean , Oldies
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 20 lutego 2012
"Bartelski musi brać pod uwagę to, czego chcą ludzie"

Burmistrz Śródmieścia Wojciech Bartelski powiedział w rozmowie z tvnwarszawa.pl, że w Śródmieściu nie ma biedy. Te słowa podziałały na część internautów jak płachta na byka. "Niech pan wyjdzie ze swojego gabinetu i się rozejrzy" - komentowali. Wtóruje im radny Ruchu Palikota Jerzy Budzyn, który mówi: "Jest pan zwykłym nominatem partyjnym".

Wywiad z burmistrzem Śródmieścia Wojciechem Bartelskim wywołał burzę. Nasi czytelnicy podzielili się. - To skandal, żeby pracownik samorządowy miał takie poglądy o ludziach - pisali jedni. - Bardzo rozsądny burmistrz - komentowali inni.

Oburzony postawą burmistrza był też radny dzielnicy Śródmieście z ramienia Ruchu Palikota - Jerzy Budzyn.

Jerzy Budzyn - fot. archiwum prywatne

Bartosz Andrejuk: Burmistrz Śródmieścia powiedział bardzo dużo o swoich poglądach.  Sam przyznaje, że nie ma wrażliwości społecznej. Mówi to co myśli, a nie to, co by chcieli usłyszeć wyborcy. Pana to oburza?

Jerzy Budzyn: Mnie najmniej interesuje, czy to są jego poglądy czy nie. Nie jest bowiem tak, że pan Wojciech Bartelski jest burmistrzem dzielnicy Śródmieście, ponieważ głosił swoje poglądy i w wyniku tego ludzie wybrali go na burmistrza. Wojciech Bartelski jest jedynie zwykłym nominatem partyjnym.

Jego partia wygrała wybory, więc wybrała go swoimi głosami na burmistrza. Nikt z partyjnych koleżanek i kolegów nie wypisywał na ulotkach jego wyborczych haseł. W wywidzie mówi: Irytują mnie ci, którzy uporczywie próbują wbić nam do głowy, jakoby Warszawa była miastem ludzi głodnych, bezdomnych, nędzarzy. Ludzie w Warszawie się bogacą.

A mnie irytuje, że pan burmistrz, niczym apostoł Wojciech, naucza nas, maluczkich, zamiast wsłuchać się w głosy ludzi. W systemie samorządu jego rola jest służebna, więc nie może być tak, że Pan Bartelski nie bierze pod uwagę tego, czego chcą ludzie.

Ależ właśnie twierdzi, że bierze pod uwagę, to czego chce milcząca większość warszawiaków.

Tu się objawia cały burmistrz Bartelski. Jeżeli ta większość milczy, to skąd burmistrz wie, czego ona chce? Przecież wie, tylko to co mówi mniejszość, która przyszła na posiedzenie komisji ds. monitorowania sposobu zarządzania komunalnym zasobem lokali użytkowych, i wypowiedziała swoje zdanie na temat Barów Mlecznych w Śródmieściu Warszawy. Z tym się trzeba liczyć. Przypominam, że milcząca większość nie chodzi na wybory w ogóle.

Pojawiły się komentarze internautów, że osoba, która "nie ma wrażliwości społecznej" nie nadaje się na stanowisko burmistrza. Pan się z tym zgadza?

Tak, ponieważ jeżeli w Śródmieściu mieszka 100 tysięcy osób, a każdy człowiek, to oddzielna książka, którą pisze życie. Burmistrz ma bardzo fajną pensję i mówi, że ludzie mają radzić sobie sami? Poza urzędnikami, w Warszawie żyją też emeryci, którzy przepracowali 45 lat i za 1600 zł miesięcznie trudno jest im związać koniec z końcem. Każda złotówka w budżecie miasta to są pieniądze, na które składają się mieszkańcy.

Burmistrz przecież to mówi: "Pieniądze nie biorą się z kosmosu – zanim się je rozda, trzeba je najpierw zabrać innym".

I Pan Bartelski niezwykle skutecznie je mieszkańcom Śródmieścia zabiera, że przypomnę o opłacie za użytkowanie wieczyste, która w Śródmieściu jest najwyższa w Warszawie.

Budżet miasta nie zależy od czyjegoś widzimisię. Przepisy ściśle określają, jak powstaje i jakie składniki fiskalne, i inne są do niego zaliczane. Budżet to jest tort, który władze tego miasta powinny pokroić, we właściwy sposób. Burmistrz kroi go tak, że wydaje ponad 3 miliardy zł na metro, a równocześnie od wielu lat zmniejsza się ilość pieniędzy na oświatę, szeroko pojętą opiekę socjalną i służbę zdrowia.

Ale burmistrz mówi również: "Nikt nie obiecywał, że będzie tanio i na każdą kieszeń. Były obietnice, że będziemy budować, że będziemy stawiać na rozwój – i tę obietnicę wypełniamy".

Jaka to jest modernizacja? Metro ze Śródmieścia do Śródmieścia? Metro miało dowieść kibiców na Stadion Narodowy. Wiemy już, że to się nie uda. Burmistrz Bartelski kreuje się na super profesjonalnego menadżera, któremu niestraszne są żadne wyzwania. Zauważmy jednak, że na linii Rondo Daszyńskiego – Stadion Narodowy są tylko urzędy. Tam nie ma żadnych osiedli mieszkaniowych. Rozpoczęcie budowy II linii metra od odcinka centralnego to nieporozumienie i zwykły brak wyobraźni.

Wojciech Bartelski przypomina, że na rozdawnictwie polegał socjalizm, teraz mamy wolny rynek. Miasto dziś nie może sobie pozwolić, aby tak prestiżowa lokalizacja jak lokale przy Marszałkowskiej, z których można wyciągnąć znacznie wyższy czynsz, były "marnowane" na bary mleczne.

Burmistrz nie żył w socjalizmie, więc nie wiele może o nim powiedzieć. Ostatnio na Nowym Świecie jakaś firma zaproponowała, że za metr kwadratowy zapłaci prawie 400 zł. Takich sytuacji, przy Chmielnej, Marszałkowskiej, w al. Jerozolimskich, jest coraz więcej. Firmy proponują w konkursie ofert horrendalne pieniądze, a następnie ich nie płacą, bo nie zarabiają na to. Dzielnica ponosi przez to duże straty. Proszę burmistrza zapytać ile postępowań w sprawie rozwiązania umowy najmu z powodu niepłacenia czynszu prowadzi Zakład Gospodarowania Nieruchomościami.

Aby zarobić 40 tysięcy zł miesięcznie na zapłacenie samego czynszu, to firma przy 20% zyskowności musi w miesiącu przerobić 200 tysięcy zł, tylko na sam czynsz. To oznacza, że lokal musi zarobić ponad 6000 zł dziennie, czyli codziennie do lokalu musi przyjść ponad 60 osób i wydać 100 zł by lokal zarobił na sam czynsz. Proszę to sobie policzyć.

Przedstawicielka firmy Blikle przyznała, że ich lokal na Nowym Świecie jest deficytowy i jest utrzymywany jedynie z powodów historycznych. Dzisiaj najbardziej prestiżowe, i co za tym idzie "handlowe" miejsca w Śródmieściu to Arkadia i Złote Tarasy. Czas najwyższy żeby ta informacja dotarła również do świadomości włodarzy dzielnicy Śródmieście.

rozmawiał Bartosz Andrejuk - b.andrejuk(małpa)tvn.pl

Tekst opublikowany na stronie Tvnwarszawa.pl

15:15, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lutego 2012
Z wizytą na stacji Rondo Daszyńskiego
01:52, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lutego 2012
Burmistrz Śródmieścia: "W stolicy nie ma biedy"

Czy do lokalu po barze "Prasowym" wróci tania gastronomia? By tak się stało, potrzebny jest profilowany konkurs na jego wynajem. Część radnych dzielnicy popiera ten pomysł, ale decyzja należy do burmistrza. Wojciech Bartelski, który sam pisał, że nie posiada wrażliwości społecznej twierdzi: "W Warszawie nie ma biedy".

Przetarg na wynajem lokalu przy Marszałkowskiej miał zostać ogłoszony w styczniu. Nie został. Burmistrz od samego początku sporu o zamykany bar mleczny odżegnywał się od idei konkursu profilowanego, ale ostatecznej decyzji ciągle nie podjął.

Powstała zaś definicja baru mlecznego na komisji rady dzielnicy. Chodzi o komisję ds. monitorowania sposobu zarządzania komunalnym zasobem lokali użytkowych, która razem z oburzonymi aktywistami określiła co barem mlecznym jest, a co nie. Wszystko po to, by w konkursie na profilowany lokal nie wystartowała np. sieciowa kawiarnia, która doda sobie w nazwie słowo "mleczny" i tym sposobem zyska obniżkę czynszu.

Pomysły radnych analizują teraz prawnicy miejskiego biura polityki lokalowej. Nie wiadomo, czy ich stanowisko w ogóle na coś się przyda - z naszych informacji wynika bowiem, że konkurs profilowany i tak nie będzie dotyczył lokalu po "Prasowym", lecz innego w tej samej okolicy.

O zamieszaniu wokół baru i jego obronie rozmawialiśmy z Wojciechem Bartelskim 5 stycznia. Publikujemy go dopiero teraz, ponieważ burmistrz Śródmieścia autoryzował tekst dwukrotnie. - Trzeba było przyjechać z kamerą - komentował sytuację.

Burmistrz Śródmieścia: Wojciech Bartelski - fot. Maciej Wężyk/Tvnwarszawa.pl

Bartosz Andrejuk: Na swoim oficjalnym profilu na Facebooku napisał pan o sobie kategorycznie: "Nie posiadam wrażliwości społecznej". Ani trochę?

Wojciech Bartelski: Irytują mnie ci, którzy uporczywie próbują wbić nam do głowy, jakoby Warszawa była miastem ludzi głodnych, bezdomnych, nędzarzy. Ludzie w Warszawie się bogacą. Zapomina się o tym, że solą ziemi jest ta milcząca większość, ci, którzy normalnie pracują, bogacą się, a od samorządu nie oczekują żeby im "dawać", lecz zapewnić za ich słone podatki dobrą infrastrukturę i wysoką jakość usług miejskich.

BA: Czyli wrażliwość to nie jest cecha dobrego burmistrza?

WB: Protestuję przeciw fałszywie rozumianej wrażliwości, polegającej na nieodpowiedzialnym rozdawaniu pieniędzy. Pieniądze nie biorą się z kosmosu – zanim się je rozda, trzeba je najpierw zabrać innym. Mam ogromną wrażliwość na pieniądze podatnika, a mniejszą na rozdawnictwo.

Pieniądze, które ściągam, przeznaczam na rozwój. To jest w Warszawie konieczne. Realnie wybór przedstawia się tak: albo mniej się zabierze i mniej rozda, albo więcej się rozda, ale więcej zabierając. Ja jestem zwolennikiem tej pierwszej opcji.

BA: I właśnie stąd Pana upór, by lokal po barze "Prasowym" został wynajęty na zwykłych, a nie na specjalnych warunkach?

WB: Przetarg lub konkurs na wolne lokale to standardowa procedura. Biorąc pod uwagę wysokość czynszów, Marszałkowska to jedna z najatrakcyjniejszych ulic Warszawy. Do budynku, w którym był "Prasowy" nie ma roszczeń. Dlatego chcielibyśmy przeznaczyć  ten lokal do najmu w trybie przetargu na okres 10 lat.

Chcę zaznaczyć, że wynajem lokalu w przetargu nie wyklucza możliwości prowadzenia w nim baru mlecznego. Ale bary mleczne niekoniecznie muszą istnieć w miejscach, które mogą generować dla miasta bardzo duży zysk. Dlatego rozważamy możliwość ogłoszenia konkursu profilowanego nieopodal, ale nie w tak wyeksponowanym miejscu.

Warszawiacy głosowali w 2006 roku na program inwestycji. W ostatnich wyborach potwierdzili,  że im ten program odpowiada. Zaciskają zęby i zgadzają się na wyższe opłaty, dzięki którym gigantyczny program inwestycji ruszył z kopyta.

BA: Rozmawiałem z ludźmi, którzy włamali się do "Prasowego". Działali nieco po omacku, ale wierzę w ich dobre intencje. Kiedy pytałem: "Dlaczego zamiast domagać się baru, nie zrobicie go sami?", odpowiadali: "Bo nie mamy szans w przetargu niededykowanym".

WB: W Warszawie, także w Śródmieściu, istnieje wiele miejsc, w których mogą rozwijać się tanie lokale gastronomiczne – i tak się dzieje.  Ale szczególnie w Śródmieściu powinny pojawiać się dobre sklepy i restauracje, które dają nam wszystkim, warszawiakom, zyski. Jaki jest cel, by na ul. Marszałkowskiej znowu był bar mleczny? Takie punkty nie muszą działać w samym centrum czy w wyeksponowanych miejscach. A jeżeli ktoś ma pomysł na fajną tanią jadłodajnię, która dzięki niskim cenom przyciągnie więcej klientów i w ten sposób przyniesie większe zyski, to niech konkuruje z innymi.

W Śródmieściu na tej zasadzie powstało dużo barów, w których nie ma białych obrusów, jest prosta żywność i ceny są niewygórowane. Mamy sporo lokali wynajmowanych za umiarkowane stawki. W Warszawie nie ma ludzi zostawionych na pastwę losu. Sama dzielnica na pomoc społeczną wydaje ogromne pieniądze, bo blisko 20 mln zł. Nie jest też prawdą, że nie można zjeść w Warszawie po przystępnej cenie, bo nawet można kupić zwykły kebab za 8 zł i najeść się do syta. Ja często bywam w takich miejscach.

BA: Kto dostanie lokal po Barze Prasowym?

WB: Nie mam pojęcia. W tej chwili nie ma decyzji.

BA: No, ale można się domyślać, że to miejsce nie na każdą kieszeń…

WB: Prawna definicja baru mlecznego jest luźna. Jak zrobimy konkurs na "bar mleczny", to przyjdzie - dajmy na to - Starbucks albo Magda Gessler i nazwie się Starbucks Bar Mleczny albo MG Bar Mleczny. Zapisywanie w warunkach konkursu cen urzędowych na produkty, maksymalnych marż etc. to czysty PRL. Zresztą nieopodal zwykły konkurs wygrał - oferując najwyższą stawkę - pewien przedsiębiorca, który chce tam urządzić bar mleczny. Czyli można. W prywatnym lokalu, w Alejach Jerozolimskich jest także bar "Mleczarnia". Trzeba pamiętać, że w Śródmieściu jest nieco ponad 3000 miejskich lokali. Rynek oferuje też spory wybór lokali prywatnych.

BA: Czyli nie pomoże pan w stworzeniu taniej jadłodajni w dawnym "Prasowym"?

WB: Nie, ponieważ zgodnie z uchwałą Rady Warszawy organizujemy konkursy i wygrywa je ten, kto zaproponuje najwyższą stawkę czynszu. Nawet w konkursach profilowanych decyduje stawka czynszu. Na rozdawaniu polegał socjalizm. Planista decydował, że ceny urzędowe będą niskie i tak właśnie było, tylko że stworzono gospodarkę niedoboru, bo mechanizmów rynku nie da się oszukać.

BA: Czy orientowaliście się, czy ten bar w ogóle jest tam potrzebny?

WB: Co to znaczy "potrzebny"?

BA: W Warszawie żyją ludzie, którzy żywią się tylko w barach mlecznych.

WB: A jak będę rozdawał na placu Konstytucji samochody, to będzie to potrzebne czy nie? Wszyscy będą brali. To nie jest kwestia potrzeb, ale dysponowanie ograniczonym zasobem przy nieograniczonych chęciach. To, co mnie odróżnia od oburzonych z baru "Prasowego", to fakt , że ja ponoszę odpowiedzialność. Jak mi zabraknie pieniędzy na różne wydatki, będę miał kłopoty. Z ich strony padną oskarżenia, że nie zadbałem, by te pieniądze były. Ale budżet miasta jest napięty do granic możliwości i tu nie ma przebacz, bo większość wydatków jest obowiązkowa. Oprócz tego potrzeba generalnego remontu ulic, budynków, kamienic. Rozmawianie w kategoriach "co jest potrzebne" nie ma sensu, bo barierą jest wydajność ekonomiczna podatników.

BA: W takim razie czy Śródmieście to dzielnica dla bogatych ludzi?

WB: Ja mam liberalną wizję świata - nigdy nie powiem, gdzie kto ma mieszkać i co ma robić. Wszystko jest dla wszystkich. W Śródmieściu pojawia się to, czego potrzebują ludzie. Nie ja, nie urzędasy, tylko ludzie. Skoro pojawiają się kawiarnie sieciowe, to znaczy, że ludzie do nich chodzą.

BA: Jeżeli Warszawa jest dla wszystkich, to może także dla ludzi, którzy chcą Baru Prasowego w starym miejscu?

WB: Bardzo możliwe, że tak. Tylko dlaczego nikt tego baru wcześniej nie przejął? Widocznie nie była to tak opłacalna działalność. A może ktoś inny zaspokoi więcej potrzeb innych ludzi? Tak samo ważnych. Mamy widoczną grupkę oburzonych, ale niech pan weźmie pod uwagę także to, czego chce milcząca większość… Dlaczego pan nie pomyśli o tej większości, która swoimi nogami i portfelami głosuje za tym, co ma być w Śródmieściu? Jeżeli pojawiają się kebaby, to dlatego, że są ludzie, którzy chcą jeść kebaby. Na tym polega naturalny mechanizm gospodarki. Ale zawsze znajdzie się jakaś krzykliwa mniejszość, która populistycznymi hasłami zdominuje milczącą większość.

BA: Podsumowując: Śródmieście według Pana ma być sterylne i idealne odmalowane.

WB: Nic takiego nie powiedziałem. Irytuje mnie gadanina, że im więcej dobrych knajp, tym gorzej dla miasta, bo miasto wtedy umiera. Ja się cieszę, że jest coraz więcej ludzi, których stać na dobre knajpy. To oni ciągną za sobą całą resztę, płacą wysokie podatki, dają innym pracę. Nigdy nie obiecywaliśmy, że będzie tanio i przaśnie, tylko że będzie lepiej. To oznacza wzrost kosztów życia. To jest spór o tempo modernizacji. Warszawa ma szansę być liderem w tym regionie, ale to kosztuje.

BA: Jak być liberałem i jednocześnie dobrym człowiekiem w Warszawie?

WB: Nie ma tu przecież żadnej sprzeczności! Ludzi z "Prasowego" oburza po prostu, że nie mam lewicowych poglądów. W Warszawie ludzie się bogacą. Mają aspiracje, kupują mieszkania, normalnie żyją. To jest dla mnie istotne, to mnie cieszy i będę dbał, by tak było dalej.

BA: Na Facebooku napisał Pan również, że pana ulubione zajęcie to "naprawianie świata". Jaka jest więc Pana wizja naprawionego Śródmieścia?

WB: Centrum powinno być wizytówką Warszawy. Powinno być nowoczesne. To miejsce na ulice z prestiżowymi lokalami. Jestem jednak za zachowaniem lokalnej specyfiki, za podkreślaniem wyjątkowości niektórych miejsc, takich jak na przykład Muranów. Pewne trendy kształtują się także bez naszego udziału, co doskonale obrazuje ulica Mokotowska, która stała się ulicą projektantów mody i butików. Śródmieście zostało okaleczone byle jaką zabudową w latach 60. i 70. Moim czysto utopijnym marzeniem byłoby ją uporządkować. Polskie prawo powinno być bardziej odważne jeżeli chodzi o możliwości reorganizacji centrum.

BA: Mam wrażenie, że jest Pan bardziej burmistrzem tych, co mają się tu wprowadzić, a nie tych, którzy już tu mieszkają.

WB: Nigdy nie powiem, że Warszawa jest dla jednych, a dla innych jest zamknięta. W działaniu kieruję się jednak także matematyką budżetu, która jest prosta. Jeżeli nie ściągnie się pieniędzy z rynku, to nie starczy na to, co w mieście konieczne. Nikt nie obiecywał, że będzie tanio i na każdą kieszeń. Były obietnice, że będziemy budować, że będziemy stawiać na rozwój – i tę obietnicę wypełniamy.

rozmawiał Bartosz Andrejuk - b.andrejuk(małpa)tvn.pl

Tekst był opublikowany na Tvnwarszawa.pl

13:19, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
statystyka