Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
piątek, 27 kwietnia 2007
Liczę

Statki na Wiśle wiosną i w lecie
Lampki świąteczne na Nowym Świecie
Auta pod mostem żółto czerwone
Latarnie w parku późnym wieczorem

Kwiaty świeżutkie na cudzym balkonie
Helem karmione z Afryki słonie
Słowa, uczucia, szczere uśmiechy
I na deptakach piękne kobiety

Na Mokotowskich Polach latawce
Z mnichów srebrzystych dzikie dmuchawce
W Łazienkach kaczki, co są królewskie
Sam nie wiem czemu, wciąż liczę, jeszcze

miejsca cudownie odrealnione
Z cukrowej waty kule różowe
ćpanie muzyki, iluminacje
Po krótkich związkach tez konsternacje

Piwo na ławce na Żoliborzu
Sex też na sianie, lub w pszennym zbożu
Mrówki na plecach, gdy autostopem
Przemierzać przyjdzie nam już Europę

W Paryżu dotknąć chcę palcem nieba
Podobno serio, nie wiele trzeba
W Sztokholmie vivat!, niech żyją Szwedki!
Talar du Svenska? blond i brunetki!

Liczę na dialog co słów unika
Niech płynie wino!, niech gra muzyka!
We Frisco tramwaj, żagiel lub taksa
Gdziekolwiek bawić, chcę żyć na maksa!

Czy to w Londynie, na Ursynowie
Słonecznym Tahoe, albo Krakowie
W Madrycie, Oslo czy Bratysławie
Na końcu świata, gdziekolwiek bawię

Jedno się liczy, kurwa, Panowie!
Kończąc poemat, życząc „na zdrowie”
Powiem wam szczerze, na co tak liczę
liczę, że dzisiaj się nie przeliczę

13:35, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2007
"oh where, oh where"

"Oh, where oh where can my baby be?
The Lord took her away from me
She's gone to heaven, so I got to be good
So I can see my baby when I leave this world.
"

12:08, jeanvaljean
Link Komentarze (3) »
środa, 18 kwietnia 2007
"Nagrobek z lastryko" Krzysztof Varga
"Nie lubię rzeczy, które muszę mieć, bo jeśli nawet lubię coś mieć, to nienawidzę musieć. Nie lubię papierosów, od których jestem uzależniony, i moich wyblakłych na słońcu ubrań, bo muszę je nosić; nie znoszę swoich spiętych drutem okularów, na których używanie skazuje mnie niedowidztwo, nienawidzę się golić i równie mocno nienawidzę zarostu. Czuję się brudny, gdy pierwsze włoski cicho i bezboleśnie wybijają spod skóry, odczuwam w sobie śmierdzącość i bezdomność, gdy swędzący zarost ma trzy dni, lecz coraz mocniej przeraża mnie konieczność sięgania po maszynkę. Zdaje się, że jest w tym pewien paradoks, ale zaiste - gównianego ciężaru."
strona 8

****************************************************************

"Wszyscy po zdjęciu ubrań wyglądali tak samo. Zresztą w ubraniach też wyglądali tak samo. Wyglądali tak, jakby ich wcale nie było. Gdyby dziadek potrafił obserwować, zauważyłby, że wszystko wokół niego jest takie same. Doskonała jednia - jedno jedzenie, jedna moda, jedna antymoda, jeden zestaw kosmetyków dla pań i jeden dla panów, jedno życie, jedna śmierć, ewentualnie jedno dziecko, żeby coś po sobie zostawić, ale się przy tym za bardzo nie narobić. Piotr Paweł niestety nie umiał obserwować, dlatego zaskakiwały go nieustannie kolejne odejścia kobiet."
strona 90

15:54, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
"Zero osiemset" Katarzyna Sowula
"Zawsze mówiłam, że wyjdę za tego, kto mi kupi spadochron. Od małego szukałam sposobu, żeby wzbić się w powietrze, żeby być jak ci różni święci, którzy lewitowali, którzy w czasie modlitwy swobodnie unosili się nad ziemią. Podobno święty Jan od świętego Faconda wisiał tak czasami nawet przez całą noc. Dla dziecka to żadna różnica, latający dywan czy skok ze spadochronem, porywające ekstazy czy głupie abrakadabra. Byle wysoko."
strona 1

****************************************************************

"Wyrosłyśmy z tej samej rośliny, rok po roku, ale właściwie prawie jej nie znam, rozwijamy sie oddzielnie, jesteśmy jak dwa zupełnie różne podgatunki. Ona jest jak wędrująca roślina, biegacz stepowy, Alhagi camelorum, który gnany przez silny ukraiński wiatr nigdzie nie zapuszcza korzeni. Jej niewielki wynajęty pokój jest łatwy w obsłudze. Wystarczy wypuścić z niego powietrze, złożyć na czworo i, jakby co, natychmiast można przenosić się dalej. Firmowe ciuchy z wyprzedaży, asymetryczne i w jakichś kompletnie pojechanych kolorach, a wszystko na szmacianych półkach wiszących szafek z ikei. Można je rozmontować i wrzucić do firmowej torby podróżnej, a pompowany fotel w kropki złożyć i upchnąć w dużej bocznej kieszeni. Cienki śpiwór. Stolik ze skrzynki olejonej papierem w uśmiechnięte ludzkie główki. Na podłodze kilka książek i fotopisma. Dizajnerska metalowa filiżanka ze spodkiem wykręcanym w kosmos i czerwona prześwitująca poduszka z mnóstwem kulek styropianowych w środku, które, gdy nią potrząsnąć, chaotycznie krążą wewnątrz. Gadżeciara."
strona 56

****************************************************************

"Mój mąż ukończył z wyróżnieniem warszawską Akademię, ma dyplom z teorii muzyki i podobno słuch absolutny, ale co z tego, skoro niedzielna sprzeczka powoli stała się normą, żadnej harmonii, tylko głuche trzaśnięcie drzwiami, a potem mój samotny spacer, cichy i pusty jeszcze Nowy Świat, poranny papieros i kawa, kolejny papieros i kolejna kawa, zwyczajowa już uprzejma pogawędka z wesołym szachistą. Obserwowanie zza szyby niewielkiego baru zamykanych kawiarni, kwiaciarek wyciągających ze zmętniałej wody ostatnie śnięte róże i nadjeżdżającego od strony placu Trzech Krzyży ostatniego czerwonego autobusu. Tego, do którego nigdy nie wsiadłem, bo to by oznaczało, że szybciej dotrę do domu."
strona 126

09:59, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 kwietnia 2007
ludzie nam tego nie wybaczą!
23:41, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2007
"Niehalo" Ignacy Karpowicz
"Po stronie "mam" pozwalam sobie wpisać: 24 lata, pracę magisterską (w toku), kobietę Agnieszkę (rozkład związku także w toku), dresów 3 pary, adidasy fluorescencyjne i fila czarna skóra, dni podobne jeden do drugiego. Ponadto stanowisko pracy, co jak o nim myślę, to zaczynam myśleć, a nawet nabierać - mimo że jestem osobą raczej niepewną - pewności, że wolę o nim nie myśleć. Oraz pokój niby własny, ale mieszkam z rodzicami (powiedzmy), braćmi (w zasadzie), babcią, psem i akwarium, o których również nie wiem, co myśleć, bo nie wiem, jak my się mieścimy na 60 metrach. Że kwadratowych? Żadna pociecha. Oraz pewny jak w banku, solidnie oprocentowany i prawdopodobnie z każdym rokiem procentujący brak perspektyw. Oraz kilku kumpli, których lubię, i takich, więcej niż kilku, których nie lubię. Chętnie bym ich pobił, ale obawiam się, że gdyby co do czego, to prędzej oni mnie, niż ja ich."
strona 9

****************************************************************

"Nienawidzę siebie. Nienawidzę ludzi. Nie zgadzam się na świat w wydaniu, które odczuwam na własnej skórze. Nie uprawiam satysfakcjonującego seksu od miesięcy. Uciekłem z pracy. Zdradziłem dziewczynę. Upiłem się. Zgwałciłem jedyną przyjaciółkę. Ukradłem staruszce pieniądze. Dlatego właśnie nie mogę objąć Anety, choćbym nawet miał za karę smażyć się w kotle. Nie mogę jej dotknąć, nie mogę, bo się boję, że jakieś wielkie oszustwo, jakieś wielkie kłamstwo rozgniecie naszą przyjaźń. -Przepraszam - mówię - ale nie mogę cię objąć."
strona 95

****************************************************************

"Powinienem się umyć, chyba. Znalazłem szałer żel do skóry nadwrażliwej. Wyciąg z morskich alg, mleka z kozy, śledziony węża, jabłka z drzewa. REGULARNIE STOSOWANY SPRAWIA, ŻE TWOJA SKÓRA STANIE SIĘ JĘDRNA, GRUBSZA I BARDZIEJ ODPORNA NA WPŁYW WARUNKÓW ZEWNĘTRZNYCH. Właśnie tego mi trzeba. Żegnaj cierpiący, młody Werterze, ty głupi chuju z najgorszej książki świata. Zaraz cię spłuczę za pomocą żelu. Wyleczę się z nadwrażliwości, spłuczę cię, ty tandeciarzu i impotencie. Nic ci nie pomoże. Bon włajaż. I niech cię trafi szlag w kanalizacji."
strona 102

17:41, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2007
Saint-Exupery na dzień 11 kwietnia..
"Jeżeli chcesz zrozumieć słowo szczęście, musisz je pojmować jako zadośćuczynienie, a nie jako cel"
11:21, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2007
"TRANS-ATLANTYK" Witold Gombrowicz
"Człowiek ten (a pewnie tak dziwnego człowieka ja pierwszy raz w życiu oglądam) nadzwyczaj był wydelikacony, a do tego jeszcze siebie delikacił. W sakpalcie, za dużemi czarnemi okularami, jak za płotem, od wszelkiego świata odgrodzony, wokół szyi szalik jedwabny w groszki półperłowe, na rękach rękawiczki czarne, zefirowe, półpalcowe, na głowie kapelusz czarny półrondowy. Tak opatulony i odosobniony, coraz to z wąskiego pociągał flakonu, albo chusteczką czarną, zefirową się ocierał i wachlował. W kieszeni papirów pełno, skryptów, które nieustannie gubił, a pod pacha książki. Inteligencji nadzwyczaj subtelnej, którą w sobie wciąż subtylizował, destylował, w każdem odezwaniu się swojem tak inteligentnie był inteligentnym, iż kobit i mężczyzn zachwycone cmoki wywoływał. (choć to Skarpetki, krawaty sobie oglądają) Głos swój ściszał, ale, im ciszy, tym właśnie donośniej, bo inni, ściszając się, jeszcze bardziej go nasłuchiwali (choć i nie słuchają); i tak on w Czarnym Kapeluszu zdawał się w Ciszę Wieczną swoją czeredę prowadzić. Do książek, notat swoich zaglądając, je gubiąc, w nich się tarzając, nurzająć, on cytatami rzadkiemi myśl swoją okraszał i z nią tam sobie dokazywał, a już do siebie, jakby na odludziu. I tak sobie papierem i myślą kaprysząc się, coraz inteligentniej był inteligentnym i ta inteligencja jego, sama sobą pomnożona i sama na sobie okrakiem, tak już Inteligentna stawała się, że Jezus Maria!"
strona 36 i 37

12:50, jeanvaljean
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 kwietnia 2007
"Noce i dnie" Maria Dąbrowska (tom I i II)

"Czuła się w owym czasie osobą radosną i szczęśliwą, zwłaszcza gdy śród gości znajdował się pan Józef Toliboski, młody prawnik niewysokiego wzrostu, ale zgrabny, brunet z czarna brodą i z jasnymi oczami, których kolor był zimny, stalowy, a wyraz ognisty i pieszczotliwy. Zdawał sie on być mocno zajęty młodszą panną Ostrzeńską. Chociaż nie widywali sie nigdy sam na sam, ale śród ludzi zawsze był przy niej. Razu pewnego, w czasie wycieczki, całe towarzystwo spoczęło na wzgórku nad rzeką. Cześć łożyska w tym miejscu była zarośnięta i okryta kwitnącymi nenufarami, które sie bardzo podobały pannie Barbarze.

-Szkoda- powiedziała - że nie można ich dostać.

Józef Toliboski spojrzał na nią i nic nie mówiąc, bez uśmiechu, jakby to nie był zalotny figiel, ale surowe świadectwo jego gotowości na wszystko, wszedł, jak stał, w rzekę, pogrążył sie w nią do ramion i wrócił z naręczem ciężkich, białych kwiatów. Pozostali na brzegu przez cały czas dowcipkowali zanosząc się od śmiechu, a panna Barbara płakała. Po tym wydarzeniu była tym bardziej szczęśliwa, gdy pan Józef znajdował się śród gości"
strona 14

****************************************************************

"Poczuła na nowo w całej pełni starą zakrzepłą ranę. Józef Toliboski i ona płonęli do siebie kiedyś taką nie wyznaną miłością! Zły los to zniweczył, a ona mogła to znosić tylko łudząc się, że takich rzeczy w ogóle już nie ma na świecie. I wystawiwszy sobie skrytą miłość, jaką mogą odczuwać do siebie Teresa i Bogumił, nie utratę Bogumiła opłakiwała, ale jakby potwierdzającą się na nowo utratę Józefa Toliboskiego"
strona 178

****************************************************************

"Co masz mówić? Nic się już nie odstanie. Ja zresztą wiedziałem dawno...zawsze...że mnie nie kochasz. A i o tym... o tamtym człowieku słyszałem jeszcze dawniej, nim się z tobą zaręczyłem. Od Ładów. Ale było mi wygodniej dojść do wniosku, że to były dziecinne mrzonki. I ty sama... ty sama powiedziałaś "nikogo nie kocham". Słusznie zostałam ukarany, żem jak smarkacz uwierzył."
strona 181

****************************************************************

"Pili herbatę w zajeżdzie, a jak przdtem zdawało jej się, że nie ma na świecie rzeczy, co by jej mogła życie uczynić na powrót cennym, tak teraz miała uczucie, że wystarcza być w drodze i pić herbatę w zajeździe, i pokazywać komuś znajome strony, aby się czuć w pełni szczęśliwą."
strona 148 i 149

****************************************************************

"Bogumił był jej pociechą i ucieczką przed koszmarami, Bogumił okazywał jej ten podziwi to uznanie, których potrzebowała. A kiedy czasem sama się przed nim kajała, że nie jest dość dobrą gospodynią - odpowiadał, że nie dba o to wcale. (...) Owszem - odpowiadał - lubię to. Kto by tego nie lubił. Ale lubię tak samo żyć i bez tego. Mógłbym jeść co dzień to samo, spać na ziemi. Wódki mogę nie widzieć. Ja się do wszystkiego w życiu przyzwyczaiłem i nie przejmuję się tymi rzeczami."
strona 61 i 62

****************************************************************

"Zatchnęła się. Co jeszcze chciała powiedzieć? Chciała -o, więcej, niż chciała, potrzebowała ze wszystkich sił objaśnić mu, jaki był stan jej serca. Że czuje się spalona i zużyta, niezdolna do miłości, gdy on zasługiwał na dar wielkiego i pierwszego uczucia. Dar wielkiego, tak, wielkiego i pierwszego uczucia."
strona 25

****************************************************************

"Gdy przechodziłyśmy dziedziniec uniwersytecki, domyślasz się o czym wtedy myślałam. Myślałam o tych, których poznałam, gdy nosili jeszcze niebieskie czapki z białymi obwódkami. Gdy nie byli takimi jak teraz sztywnymi panami w tużurkach, lecz chłopcami, pełnymi zapału, a w oczach rozumnych świeciło tyle ognia, tyle wiary, tyle miłości. Tak żywo stanęła wtedy przed moimi oczami postać tego, który jest ukrytym kwiatem mojej duszy i którego wspomnienie jak brylantowa gwiazda zawsze przyświecać będzie mojemu życiu. - Niech cię to nie przeraża jednak, nie kocham go już, lecz te obrazy przeszłości są mi zawsze tak drogie. Nimi żyję"
strona 27

16:10, jeanvaljean
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 kwietnia 2007
"Wariacje pocztowe" Kazimierz Brandys

"Wiedz zaś, że ona na ten ślub przystała. A ja nie czułem z tego powodu rozpaczy. Tak było, jakbym zdecydował za wszelką cenę nie cierpieć i wolał, niż nieszczęśliwym, być podłym. Po występie w teatrze kolacja we troje u "Heniga". Barianow płacił. Stamtąd odwoził nas do jej mieszkania na Wilczą ulicę. Powiadam nas, bo przez kwadrdans oglądał jej album sceniczne, poczym się żegnał prosząc cicho, bym został dopokąd ona nie uczuje się senną. Wychodziłem w dziesięć minut po nim. "

"Wczoraj, tj. we środę, o godzinie po 10-tej przez piętnaście sekund patrzyłem w twarz Czarta, ukazaną mi w dwóch profilach i en face, z puklem kruczym na skroni. Mierzył mię śmiało swymi ślepiami braciszka Sarmaty, a szrama nad lewym dawała wrażenie, iż mruga do mnie z porozumiewawczym uśmieszkiem spólnika. Rozpoznając tę twarz, czułem jak blednę. Po chwili zaś wzruszyłem ramionami, mówiąc że pierwszy raz widzę i nie znam. A dźwięczało mi w uszach djabelskie "chya! chiahia", ów śmiech maskaradowy, jaki usłyszałem w cukierni "Rulińskiego" przy bilardach."

12:31, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
statystyka