Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
sobota, 30 kwietnia 2011
Planeta Służewiec























12:26, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Halo Warszawo


Zapraszam na pokaz zdjęć z Ameryki i snucie opowieści pt. "New York vs San Francisco czyli w 70 godzin przez USA". Start już 26 kwietnia w Sensie Nonsensu przy Wileńskiej 23 o godzinie 20.
21:06, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 kwietnia 2011
that's me, excuse me


Wiersz o tym jak myślałem, że samolot do Warszawy mam jutro

Gdzieś między strefami czasowymi jest takie miejsce,

gdzie krzywdy nie robi mi już nic.
Paszport tam to śmiertelny wróg.
bilet w tylnej kieszeni zaś to zbędny łup.
Boarding card to podła baba, check in to zwykła zdrada
W tym miejscu czas mierzą papierosy
A nadzieję niosą niemieckie w okienku oczy
"Exeption", mnie pyta ona, czy znam ja to słowo?
Nałogowo i w każdym języku je proszę pani ja deklinuję.
A teraz tę piosenkę Pani dedykuję.

San Francisco, International Airport
5 godzin po tym jak samolot odleciał
06:30, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 kwietnia 2011
"This is what we call Babilon"
Tuż obok mieszkał Allen Ginsberg, Czesław Miłosz spacerował tędy w czasie przerw między wykładami. People's Park to jednak nie tylko miejsce spotkań wolnomyślicieli i artystów w centrum Berkeley. To symbol amerykańskiej kontrkultury, oaza anarchistów, aktywistów, bezdomnych, ale i współczesnych hippisów. Miejsce to było świadkiem radykalnych wystąpień studentów w 1969 roku. Do dnia dzisiejszego People's Park budzi kontrowersje. Postanowiłem spędzić tam jeden dzień. Jeden szczególny dzień.

Na początku był zakaz: Palić marihuany w Kalifornii nie wolno. Później policja kodem four-twenty zaczęła określać tych, którzy jednak zakazowi poddać się nie chcieli. Był początek lat 70-tych, gdzieś w San Rafael. Gdy lokalsi zorientowali się, że zioło (po angielsku weed) mundurowi łączą z kodem 420, powstało nowe określenie na palenie trawki: Lets do four-twenty, dude. Tak głosi legenda. Prawda jest taka, że zwyczaj ten przyjął się, i to nie tylko w San Rafael.



Manifestacja tysięcy jointów

40 lat później, 20 kwietnia (04.20.) 2011 roku, przy Haight Street w San Francisco o godzinie 4.20 pm tysiące osób jednocześnie odpaliło jointy w miejscu publicznym, by kolejny raz zagrać systemowi na nosie. Policja tym razem nie interweniowała. To samo było w Berkeley i Oakland, jednak tam bez tłumu turystów. Właśnie we wschodniej części zatoki San Francisco spotykam Ankę: Zatrzymać za posiadanie trawki, mogą Cię tu zawsze. Nie ważne ile masz przy sobie, raczej ważne jest to jaki masz kolor skóry. No chyba że jest 20 kwietnia. Anka oprowadza mnie po squatach w Oakland. W USA mieszka od 11 lat, od jakiegoś czasu nie pracuje. Udziela się w organizacjach pozarządowych, pomaga w prowadzeniu bezpłatnego warsztatu rowerowego i darmowego sklepu.



Mam świetnie zaplanowany tydzień, no chyba, że zapalę, wtedy chce mi się spać - śmieje się Anka. O godzinie 4:20 pm planujemy być w People's Park w Berkeley. Gdy znikną biedne domy, a pojawią się eleganckie ogródki znaczy, że wyjechaliśmy z Oakland. Anka opowiada mi o zaletach mieszkania w mieście koszykarzy Golden State Warriors. Tu nikt nie pyta o ID, gdy kupuję alkohol. Nikt się nie wtrąca.

Ten Park jest nasz

Jedziemy Martin Luther Jr Way na rowerach w stronę Berkeley. Im bliżej People's Park, tym zapach trawki jest bardziej intensywny. Na miejscu ludzie grają na gitarach, grają w szachy, czytają książki, śpią na trawie, grają w zośkę lub koszykówkę. Anka przyłącza się do przyjaciół z "Foods not bomb" i pomaga w rozdawaniu jedzenia bezdomnym.


Na scenie w parku, ktoś roluje jointy. Drugi po pierwszym, czwarty, po trzecim. Piramida składa się z dziesięciu skrętów. Każdy bez filtra i każdy bez choćby odrobiny tytoniu, czysta marihuana wyhodowana w Oakland. Tak samo było w 1969 roku. Dokładnie 42 lata temu, 20 kwietnia, między Haste Street i Dwight Way pojawili się ludzie, by na terenie należącym do University of California stworzyć park. Park dla ludzi. Oczyścili ziemię, posadzili drzewa i kwiaty, odpalili jointy. Zamieszkali w Parku. Bohaterowie dokumentalnego filmu Marka Kitchella Berkley in Sixties mówią wprost: We're using the land better than you used it; it's ours. Mike Delacour, pracowniczy aktywista, miał wtedy 31 lat, mieszkał kilka przecznic od parku. Dziś wygląda jak indiański mędrzec. Mike jest siwym, dobrze zbudowanym, poważnym 73-letni mężczyzną.


Pytam go o 20 kwietnia 1969 r. Straciliśmy wtedy "two freespeaches places" w centrum Berkeley. Studenci potrzebowali nowego. Potrzebowaliśmy miejsca do życia. Tak samo jak dziś ludzie go potrzebują. Popatrz na nich. Gdyby nie mieli gdzie iść ze swoimi psami, nigdy by ze sobą nie porozmawiali. Dziś też walczymy o nasz Park.


Clean up the mess in Berkeley.

W 1969 roku gubernatorem stanu Kalifornia był Roland Reagan. Hippisi go nienawidzili, on zresztą ich też. O antywojennych protestach studentów na kampusie w Berkeley mówił wprost: A haven for communist sympathizers, protesters and sex deviants. Obrońców People's Park nie miał za lepszych. Wicekanclerz Berkley Earl Cheit uznał, że w Parku powstanie boisko. Hippisi zaś chcieli sadzić drzewa i kwiaty, no i palić trawkę. Mieli się wynosić. Reagan zdecydował: Clean up the mess in Berkeley.


Bloody Thursday

15 maja 1969 o godzinie 4:30 pm do parku weszła policja i 250 Highway Patrol. Doszło do starć, które dziś nazywane są Bloody Thursday. 6000 hippisów z kamieniami i butelkami w rękach walczyło z policją i Gwardią Narodową, dosłaną przez Reagana. Śmiertelnie ranny został James Rector. Mieszkał kilka przecznic stąd. Może Ty mi wytłumaczysz, dlaczego bogaci dalej się bogacą, a biedni dalej umierają na ulicy? To przecież moi przodkowie budowali ten kraj - Yukon do Berkeley przyjechał w 1970 roku. Dziś nadal mieszka w Parku. Boli go, że ludzie nie potrafią się już zjednoczyć. Gdy włączam dyktafon pyta Ankę, czy ma się zgodzić na nagrywanie. Proponuję papierosa, Yukon odmawia i kontynuuje rozmowę Chcą z tego miejsca zrobić drugi Nowy Jork, a to jest Kalifornia! Cały czas chcą nas stąd wygonić. To zawsze był otwarty park. Rzeczywistość życia na ulicy nie musi być smutna, dzięki takim miejscom. Tu ludzie mogą być razem. Popatrz na tych dwóch tam, widzisz? Siedzą sobie i gadają. A że palą trawkę? Ja nie piję alkoholu, nie palę nawet papierosów. I co?


This is what we call Babilon

W niedzielę People's Park będzie świętował swoje 42 urodziny. I choć jest to okazja do zabawy, Yukon nie pozostawia mi złudzeń. Niedługo znów dojdzie do starć. Ludzie cały czas nie mogą tu spokojnie żyć. A dla policji, liczy się tylko dobro bogatych. To jest właśnie to co nazywamy Babilonem. Mike Delacour przychodzi z kolejnymi jointami. Po jednym na głowę. Pytam go o przyszłość Parku: Do czasu aż developerzy nie będą mieli dokładnego planu wobec tego miejsca, Park będzie istniał. Daję nam czas, najdłużej do 2020 roku. Plany są jednak inne. Berkeley myśli o wprowadzeniu Anti-Sit Ordinance, czyli zakazu siedzenia/spania na chodniku w miejscach popularnych turystycznie. Grozić może za to więzienie. Anka pokazuje mi ulotkę i zaprasza na manifestację sprzeciwiającą się temu. Urządzamy zbiorowe siedzenie na chodniku na rogu Telegrapf i Haste 26 kwietnia. Pokażemy im, że jest nas wielu, że przemocą problemów bezdomnych się nie rozwiązuje. Tylko oni powinni to już wiedzieć z przeszłości?


08:03, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 kwietnia 2011
If you going to San Francisco

Elements Hostel – 2516 Mission Street – San Francisco. 5 lat temu trafiłem tu, bo miałem blisko do przyjaciółki, dziś zamieszkałem, ponieważ miałem dobre wspomnienia z poprzedniej wizyty. Ceny o połowę lepsze niż w Nowym Jorku. Za łóżko w 6-cio osobowym pokoju z łazienką płacicie 25 $ plus mikroskopijne śniadanie z nieograniczoną kawą w cenie. Do metra (tu nazywane "Bartem") trzeba się przespacerować tylko 3 przecznice.


Zonk w tym miejscu jest taki, że konieczna jest ZAWSZE karta kredytowa. Nawet jeżeli wejdziecie do hostelu "z ulicy", a tam wolne miejsca będą, to i tak nie będziecie mogli zapłacić gotówką/kartą depozytową i zamieszkać w Elements Hostel. Karta kredytowa przy check in jest swego rodzaju depozytem. Jeżeli coś zdemolujecie, system automatycznie sobie wypłaci pieniądze z waszej karty. 5 lat temu tak nie było.


Bonusem jest taras na dachu z fajnym widokiem na dzielnię i sky'line. W hostelu są komputery z dostępem do internetu, no i bardzo dobre wi-fi. Działa nie tylko na korytarzu, ale też w pokoju 307. Na tarasie nie sprawdzałem.


19:39, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 kwietnia 2011
Jest piękny, It's beautiful















10:13, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 kwietnia 2011
Life is Greyhound

"Disco biscuits" tak w Oakland mówi się na kiepskiej jakości tabletki extazy. "Disco" to też ksywka Johna, który kiedyś nimi handlował. 37 letni były dealer jest fanem Grateful Dead, a "Disco" to imię, które dostał od swoich stałych klientów. Poznaję go na Port Authority w Nowym Jorku. Jest duszą towarzystwa w kolejce do autobusu do Kalifornii, w którym spędzę z nim kolejnych 70 godzin. Uśmiecha się szelmowsko, gdy dowiaduje się skąd jestem. "Warsaw?" - tak nazywały się najbardziej popularne tabletki extazy na początku lat 90-tych w San Francisco. Nie żadne "disco bisuits", ale "Best shit you have ever tried". Disco handlował "Warszawą" najczęściej w Golden Gate Park i przy Haight Street. Można więc powiedzieć, że przez Warszawę trafił do więzienia. Tam skończył studia, a po wyjściu na wolność otworzył sklep z artystyczną biżuterią w Nowym Jorku. Dziś wraca do Oakland Greyhoundem, bo interes dość szybko padł. Disco oprócz barwnej przeszłości ma też ADHD. Chwali się, że był pierwszą osobą w San Francisco, której lekarz przepisał marihuanę na uspokojenie. Teraz też przydałby mu się joint. W czasie 20 minut zdążył wyrecytować mi swoje ulubione fragmenty z Szekspira, przepowiedzieć upadek USA i opowiedzieć o squacie w Den Haagu, gdzie mieszkał przez pół roku. Nie potrafi odpowiedzieć na pytanie "What do you do in your life?". Gdy dociskam ("How do you make money?") wymienia najdziwniejsze prace, które wykonywał. Lista zaczyna się od "selling drugs", a kończy na "adult videos".


Like my ex wife said

"Welcome on board" czarnoskóry kierowca przerywa nam pogawędkę i kasuje bilety. Pierwsza zasada podróżowania Greyhoundem w nocy brzmi: "Siadać jak najbliżej kierowcy". Disco potwierdza to co wiedziałem już wcześniej. W 2008 roku, na tylnym siedzeniu autobusu Greyhound, Vince Weiguang Li myśliwskim nożem odciął głowę Timowi McLeanowi. Tragedia miała miejsce w Portage la Prairie na terytorium Kanady. Właśnie dlatego siadam w trzecim rzędzie i czekam na mojego pierwszego współtowarzysza podróży. Okazuje się nim Gerard, emerytowany farmer spod Chicago. Opowiada mi, że wraca z Kanady, gdzie odwiózł przyjaciela do szpitala. "Służba zdrowia w USA jest tragiczna" – to zdanie usłyszę jeszcze wiele razy. Tak jak słowa kierowcy, że nie wolno się spóźniać. 10 minut przerwy na papierosa znaczy 10 minut przerwy i ani sekundy dłużej. Spóźnialscy zostają przy autostradzie. Jim, nasz pierwszy kierowca, mówi wprost: "Like my ex wife said: I love you but I leave you". Tu skrupułów nie ma. Kierowca autobusu jest panem i władcą, najczęściej też showmanem. Anegdota o tym, że tylko w Greyhoundzie można spać z osobą, z którą nigdy się nie rozmawiało, za każdym razem wzbudza chóralny okrzyk radości pasażerów. Ci do bogaczy nie należą. Disco mówi wprost: "To jest prawdziwa Ameryka". Bezdomni, nastolatki na gigancie, nawiedzone kobiety, byli więźniowie, dealerzy, przegrani artyści, wszyscy Ci, dla których zaoszczędzenie 70 $ na podróży to kwestia "być albo nie być". To właśnie w większości oni utrzymują Greyhound Corporation od 1929 roku i dzięki nim logo firmy jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych znaków w USA.


Dostojewski is awesome

Sean widzi, że czytam książkę. Szturcha mnie ramieniem i pokazuje kolorową okładkę swojej. "It's awesome, man". Nie znam, więc głupkowato potakuję i robię zmieszaną minę. Spontanicznie pokazuję mu mojego Dostojewskiego i też mówię "Awesome". Seann robi identyczną minę jak ja przed chwilą. Opowiada, że jedzie do Kansas City odwiedzić mamę. Niedawno wyszedł z więzienia. Prezentuje mi zdjęcia swoich sióstr, których nie widział od 5 lat. Jest wytatuowany od czubków palców u rąk po samą brodę. W nocy budzi mnie by zapytać czy w Polsce też mamy telefony komórkowe.

Warsaw w stanie Indiana

W Greyhoundzie obowiązuje absolutny zakaz picia alkoholu. Złamanie tej zasady grozi natychmiastowym wysadzeniem z autobusu. Nie ryzykuje nikt. Kolejny kurs do San Francisco za 12 godzin. Po dwóch dniach na autostradzie wszyscy, którzy wsiedli w Nowym Jorku i jadą na zachodnie wybrzeże, już się znają. Przybysz z Polski wciąż wzbudza zainteresowanie. Nie jestem jednak jedynym warszawiakiem na pokładzie. Richard jest bezdomnym i pochodzi z Warszawy, Warszawy w stanie Indiana. Jedzie do San Francisco ponieważ "It's the best place for homeless people". W Warszawie chciał odnaleźć syna. Nie udało się. Zostawił mu informacje w kronice miejskiej. Liczy na to, że ten przeczyta jego wiadomość i skontaktuje się z nim. 


Greyhound is state of mind

70 godzin w podróży, przejechanych ponad 5000 km, przekroczonych 11 stanów, 10 kierowców za kółkiem, 2 przesiadki, bilet za 259$. Oto efekt tej podróży. Ktoś powie, że w tym czasie i za te pieniądze, mogłem dobrze zwiedzić jedno duże miasto w USA, że widziałem tylko dworce autobusowe i skyline'y amerykańskich miast znad autostrady. Moja odpowiedź jest jedna. W Nowym Jorku też nie widziałem Statuy Wolności, wolałem Brooklyn i Queens tam gdzie mapa z przewodnika nie sięgała, a policjanci radzili bym lepiej schował kamerę do plecaka.


02:23, jeanvaljean
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Z Nowego Jorku do San Francisco autobusem

New York, NY - 15 April, 3:00 am


Philadelphia, PA - 15 April, 5:05 am


Harrisburg, PA - 15 April, 7:20 am


Pittsburgh, PA - 15 April, 11:45 am


West Virginia, WV - 15 April, 14:40 am


Columbus, OH - 15 April, 4:40 pm


Indianapolis, IN - 15 April, 9:25 pm


St. Louis, MO - 16 April, 1:15 am


Kansas City, MO - 16 April, 6:40 am


Salina, KS - 16 April, 11:35 am


Colby, KS - 16 April, 3:40 pm


Denver, CO - 16 April, 6:35 pm


Rock Springs, WY - 17 April, 1:30 am


Evanston, WY - 17 April, 3:40 am


Salt Lake City, UT - 17 April, 5:30 am


Wendover, NV - 17 April, 9:00 am


Battle Moutains, NV - 17 April, 11:30 am


Reno, NV - 17 April, 3:25 pm


Sacramento, CA - 17 April, 7:55 pm


Oakland, CA - 17 April, 9:50 pm


San Francisco, CA - 17 April, 10:15 pm


10:15, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 kwietnia 2011
Operacja Greyhound

11 września 2001 roku Travis jechał do World Trade Center by spotkać się tam ze swoim kolegą z pracy. Steve jednak zapomniał laptopa. Zadzwonił więc do Travisa z budki telefonicznej na Brooklynie by przełożyć spotkanie. Dzięki temu 10 lat później Travis może siedzieć dziś ze mną na kanapie w swoim mieszkaniu i sprzeczać się czy zamachy na WTC zorganizowali terroryści, czy też rząd USA w celu zbicia kosmicznego interesu finansowego w Bagdadzie. Hmm. Na kanapie siedzi też Kate, Dennys i Mat – dziewczyna, koleżanka i sąsiad Travisa. W kolejności: Koreanka, Niemka i napływowy nowojorczyk z Chicago. Wszyscy przytakują gdy Travis opowiada mi, że w Pentagon nie uderzył samolot, architekt WTC był przekupiony, a Bush potrzebował pretekstu by wyrównać porachunki ojca w Iraku. Hmm. Coś mi to przypomina i dlatego szybko zmieniam temat. "Is Barack Obama a good president?". "NO!" - Travis strzela jak z karabinu. "Budżet jest dziurawy. Pomysłów Obamy nie da się zrealizować. On jest marionetką w rękach kongresu. Naobiecywał a dziś niczego nie potrafi zrealizować. Bush jaki był wszyscy pamiętają. Jak powiedział, że będzie wojna, to wojna była. Potrafił dopiąć swego. Obama nic nie robi! Only he can do is paper plans". Uff. Piwo się na szczęście jeszcze nie skończyło. Trzecia Corona – trzeci temat. "How about New York Knicks? They are in play – offs this year". "YES!" - Travisovi znów świecą się oczy. Pokazuje mi swój bilet z meczu z Toronto Raptors i dodaje "Toronto to nie jest przeciwnik". Pytam czy idzie na mecz z Bullsami. "It's sold out, man, sold out!". Poza tym: "Nie mają szans. Sam Carmello Anthony to za mało. Bullsi ich zmiażdżą".


Nagle Travis wpada na genialną myśl. "How about watching my photos from holidays?". "Yyyy..ok". Jak się okazało Travis tylko raz był w Europie. Zgadnijcie gdzie?


"Warsaw rocks!" śmieje się Travis. "No bratku, po tych słowach jesteśmy już braćmi" - pomyślałem. Jednak czwarta Corona i kolejna porcja fotek to już dla mnie za dużo. Jutro ostatni dzień w NYC. Czas rozpocząć operację "Greyhound". Ruszam w piątek o 3 AM do San Francisco, na miejscu będę w niedzielę o 10 pm czasu kalifornijskiego. Trzymajcie kciuki!

p.s. W niedzielę - 10 kwietnia - byłem pod Polskim Generalnym Konsulatem na Manhattanie. Liczyłem, że pobronię sobie krzyża. Nie było nawet znicza! 

Jan Karski dalej spokojnie grał sobie w szachy,

a ja wybrałem się na mszę do kościoła. I to nie jedną! Tak mi się spodobało, że poszedłem, aż na dwie. Przy akompaniamencie gitary i pianina śpiewaliśmy "Jezus fix me, oh Jezus fix me". W czasie kazania wierni komentowali słowa pastora. Coś na zasadzie wstawek w stylu "Alellujah!!", "Oh yes, He is!".

Po mszy wszyscy poszli razem na kawę, a ja do fryzjera. Znalazłem go tuż obok ostatniej stacji metra: "Coney Island". Ale to już inna historia..


00:39, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
New York, New York






















































































































17:12, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
statystyka