Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
niedziela, 25 czerwca 2006
#4

Wczoraj byłem bardzo nieostrożny. 

             Pojechaliśmy wysoko w góry, na jedną z najpiękniejszych plaż gór Sierra Nevada, do miejsca przypominającego nasze Morskie Oko. Jest ono jednak znacznie większe, woda zdatna do kąpieli, a na szczytach gór, otaczających jezioro, już prawie na wyciągnięcie reki, zaspy śniegu.

             Był upał, wynajęliśmy dwie łódki, przepłynęliśmy na drugą stronę jeziora, na skały. Wdrapałem się na najmniejszą, około 10 metrową, bez dłuższego zastanawiania się, wziąłem rozbieg i w jednej chwili, znalazłem się w niemiłosiernie ziemnej wodzie, miała może z 5 stopni. Nawet Beau, który jest góralem, mieszka tu od zawsze, powiedział, że była kurewsko zimna. Na efekty nie czekałem długo, po kolacji w meksykańskiej, bardzo taniej, restauracji, poczułem tak okropny ból głowy, że gdyby nie środki przeciwbólowe, skończyłoby się to wymiotami. Męczyłem się bardzo długo, zasnąłem około 4 rano.

             Dzieciaki, nie próbujcie tego w domu!;>

05:03, jeanvaljean
Link Komentarze (8) »
piątek, 23 czerwca 2006
#3

Ufff, podałem paszport, wstrzymałem oddech, podpisałem papiery, i dostałem prace! Zaczynam od poniedziałku, będę hostem w „restauracji” Denny’s (www.dennys.com), serwerami Sonia, Tomasz, Katka i Lukas. Na początek, ok! Możecie mi gratulować pierwszej *********** pracy w Ameryce!

Starać się chcę jeszcze o prace w wypożyczalni video, było by fantastycznie, miałbym gdzie czytać wszystkie te ksiązki, które tu przytachałem z Polski.

No a poza tym, codziennie rano biegam po lesie, wcinam płatki z mlekiem (boże pobłogosław ten kraj za tak wspaniały wybór cornflejksów!!) … no i oglądam mundial, pierwszy mecz już o 7 rano. Pomalutku się aklimatyzuję, co nie jest o tyle łatwe, iż na każdym kroku czuję się, cholera jasna, jednak strasznie europejsko.

Dziś po południu znaleźliśmy pianino elektryczne na ulicy. Wyobraźcie sobie absurd chwili, dwóch kolesi, Polak i Słowak, wnosi stare, zdezelowane piano do domu. Nie umknęło to oczywiście uwadze naszych sąsiadów, już zresztą wczoraj, nasz sąsiad, Shon, powiedział, że dzięki nam mają niezły ubaw. No bo muszą mieć, rano oddział dziwnie ubranych biega po lesie, po południu wraz z zakupami, przynosi do domu pianino. Taka karma, hehe.

"Dziś" jedenaste urodziny mojego brata, raz jeszcze, wszystkiego najlepszego!!

03:43, jeanvaljean
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 czerwca 2006
#2

               ”It looks like Twin Peaks”, to były moje pierwsze skojarzenie, gdy wjechaliśmy do South Lake Tahoe. Bo faktycznie wygląda, miasto położone jest w górach, na wysokości ok. 2200 m.n.p.m., tutejsze olbrzymie jezioro otoczone jest łańcuchem gór, na szczytach, których cały rok, leży śnieg, miasto pełne jest klimatycznych barów, gdzie kelnerki zwracają się do ciebie, per „sweety”, wszędzie rosną wielkie świerki, i wszystko, ale to wszystko, od szyszek, po góry, burgery, i auta, jest gigantyczne.

                Wjeżdżając do miasta, z nosami przy szybach, mknęliśmy krętymi górskimi drogami, podziwialiśmy okolice, podnieceni myślą, że już za moment, wreszcie, znajdziemy się na miejscu.

                Wydostanie się z Frisco było mordercze, najpierw dowiedzieliśmy się, że połowa bandy utknęła w Paryżu, i dojedzie dopiero następnego dnia, potem Beau i Kaska, którzy mieli nas odebrać i zawieść do Tahoe, spóźnili się ponad 2 godziny, a na koniec okazało się, że trafiliśmy na gigant korki, i wyjechać z lotniska, można, ale tylko w żółwim tępie.

                Nasz domek jest więcej niż fajny, na dole jest przestrzenny salon, z kamiennym kominkiem i olbrzymim stołem, na górze cztery sypialnie i druga łazienka, kuchnia tez niczego sobie, bez zbędnego słodzenia, można stwierdzić, że gospodarze postarali się byśmy na miejscu zastali wszystko to, czego do życia nam trzeba, na czele z powitalną butelką czerwonego kalifornijskiego wina...

                Ostatnie dni spędziliśmy bardzo pożytecznie, tylko mały zonk w banku, był bardziej rozczarowujący niż obowiązkowe przegranie 10$ w kasynie. Jutro pierwsza rozmowa w sprawie pracy, trzymajcie kciuki...

22:26, jeanvaljean
Link Komentarze (8) »
środa, 14 czerwca 2006
#1
    Maria wlasnie wyszla na silownie, na mundialu Tunezja gra z Arabia, czas wiec zlozyc dluzszy raport...

    Lot minal bez wiekszych problemow, jezeli w ogole siedzenie na dupie przez 13 godzin, miedzy Amerykaninem a Brytyjczykiem, za hinduska rodzina z ryczacym dzieciakiem, moze minac bez wiekszych problemow. Cale szczescie alkohol byl darmowy, a wybor romanycznych komedii calkiem pokazny. Przezylem, lekko wciety, ale przezylem.

    Na lotnisku w San Francisco bez problemowo minalem odprawe paszportowa, uslyszalem "Welcome to United States of America, Good Luck!", zarzucilem plecak na ramie i zaczalem sie rozgladac za Marysia. Udalo sie, dzielnie na mnie, mimo opoznienia samolotu, czekala.

    Wieczorem [przylecialem o 14:00 czasu lokalnego, czyli 23:00 czasu polskiego) skoczylismy nad ocean, pogoda byla idealna. Surferzy surfowali, Golden Gate Bridge stal tak jak stoi juz nad zatoka od prawie 80 lat, bez zmian, a ja obalilem pierwsza butelke wina na tym wyjezdzie, Crane Lake California Marlot 2004 za 3$, trzeba przyznac, bylo bardzo dobre. Gdy wrocilismy do domu, wystarczylo bym przylozyl glowe do poduszki, spalem jak zabity.

    Dzien drugi byl rownie udany, najpierw zrealizowalem czeki w Bank of America, co wprawilo mnie w wysmienity humor, potem udalismy sie z Marysia do ogrodu botanicznego, i takiej hipisowskiej dzielnicy, gdzie dwa lata temu kupilem swoje czerwone trampki. Tam tez, a dokladnie na 1511 Haight&Ashbury wieczorem, po kolacji i kolejnej butelce wysmienitego wina, odbyl sie Open mic POETRY&JAZZ. Tego typu imprezy w Warszawie odbywaja sie pewnie srednio, raz na pol roku, tutaj raz w tygodniu.

    W czasie wloczegi po miescie trafilem tez do najlepszego istniejacego sklepu muzycznego na swiecie. Byla to olbrzymia hala, wypelniona olbrzymia iloscia plyt, plakatow, winyli, kaset mc, video, dvd koncertowymi, czy filmowymi, tam bylo wszystko, od nowosci wszelakich, po filmografie Kieslowskiego, czy Wajdy. Kupilem 7 winyli Keitha Jarretta, The Koln Concert, ktory na cd w Polsce kosztuje okolo 70zl, tutaj w wersji analogowej (ktora musi byc drozsza) kosztowala 6$.

    Juz jutro opuszczam San Francisco, kieruje sie w strone gor Sierra Nevada, do Lake Tahoe. Wczesniej odbiere cala paczke polsko-slowacka z lotniska, i w tym momencie rozpocznie sie wlasciwa wyprawa. ...

...a juz za chwile mecz Polsa-Niemcy! Marysia obiecala popcorn ;>
19:34, jeanvaljean
Link Komentarze (4) »
az mi kutas stanal,
tylko tu plyty keitha jarretta kosztuja 2$,
kupilem ich siedem.

a Juz za pol godziny: Open mic POETRY&JAZZ,
(www.thewordparty.com),
wiec god bless bank of america,
i jego 415$ tax refund za wizyte 2 lata temu,
it was really nice ;>

niedlugo (mam nadzieje) dluzsza relacja,
salut!
05:05, jeanvaljean
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 czerwca 2006
już
piąta dwadzieścia trzy
czy za minute', zmienią się
zasady gry?
05:23, jeanvaljean
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 czerwca 2006
"mieszkam w Polsce, mieszkam tu, Tu, TU!"

Oszukaaaali nas, znów, dysydenci! Polska – Ekwador 0:2, jak dobrze, pomyślałem wczoraj, że nie zobaczę już dortmundzkiej rzeźni. Serio wierzyłem, że faszystów pokonamy, już nie wierzę. Szykuje się powtórka z Korei, 0:2, 0:4 i na do widzenia, dobry wynik z Kostaryką. Po drugim golu normalnie wstałem, w kiblu zmyłem biało czerwone barwy z twarzy, odlałem się do umywalki, i wyszedłem. Czułem się jak frajer. Wieczór zakończyłem, nie wiem jakim cudem, w Bristolu, gdzie piłem wódkę z jakimś Niemcem i Amerykaninem, 20 kilka złotych za kieliszek czystej. Po dwóch godzinach, zamaszystym krokiem, pijany jak bela, skierowałem się do wyjścia, zawołałem jeszcze na tego tam kamerdynera w ubranku: „prowadź Pan do taksówki” i zwaliłem się na tylne siedzenie taryfy.

Dziś ostatni dzień w Polsce, czas się chyba wreszcie spakować. Matka mówi: „szykujesz się jakbyś jechał na tydzień, a nie na 3 miesiące”, i chyba coś w tym jest, choć z drugiej strony, myślę sobie, jak klapek zapomnę to chyba nic?

00:32, jeanvaljean
Link Komentarze (6) »
środa, 07 czerwca 2006
tuż, tuż..
Noc z wtorku na środę, 7 czerwca 2006 roku. Za 5 dni, 12 czerwca o 7:30 rano, z Warszawy, wylecę do Londynu, by stamtąd odlecieć do Kalifornii, gdzie spędzę dokładnie 100 dni i 100 nocy.

Praktycznie nie ma już godziny, w której nie pomyślałbym o mojej kolejnej wyprawie za ocean. Nie będę kłamał, myśl o tym, że tegoroczna podróż do USA będzie, tak skrajnie różna od tej sprzed 2 lat, trochę mnie niepokoi. Mam inne cele, inne postanowienia, całkiem inny start, inne plany, będę miał inną pracę, mieszkał będę w innym mieście, i mój status tam też będzie całkiem inny. Jedyne co się nie zmieni, to nasza stara paczka, Tomasz, Sonia, Katka, Kaśka i Lukas. Oni sprawiają, ze mimo niewygodnych myśli, wiem, ze "jutro znów wszystko będzie w porządku"

Ostatnie dni w Polsce to przede wszystkim wykonywanie czynności, których tam, za wielka wodą, będzie mi najbardziej brakowało. Wczoraj koncert T-Love, i piwo ze starymi kumplami, dziś wieczorem teatr z Kastą i prawdziwe piwo w BrowArmii, wcześniej kilka niedospanych nocy na Leszczu i wieczory filmowe z Zięciami i Kratą... Najbliższe dni to pewnie już będą zakupy, pakowanie, dentysta, spotkanie z najlepszymi kumplami, ostatnia wizyta w dziekanacie, no i wieczory z bratem i mamą.

Aaaaa, no i Polska-Ekwador na Chłodnej25, gdyby ktoś preferował, pewnie ostatnia szansa by się spotkać w większej grupie i napić piwa. Fakt, mundialu troche szkoda. No ale co poradzić, tak wybrałem.

Ważne postanowienia? Na czas wyjazdu rzucam palenie tytoniu, ale tylko na 105 dni i 105 nocy, wiadomo przecież, że bez papierosa długo nie potrafię wytrzymać ;>

Niech się więc zacznie!
02:45, jeanvaljean
Link Komentarze (5) »
statystyka