Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
piątek, 17 sierpnia 2012
Kurzawka, przestoje i wypadki na budowie metra

Słynna kurzawka, osiadający grunt, ruszające się perony a także ludzkie tragedie - to wszystko, obok pustek w kasie, przyczyniło się do opóźnień na budowie pierwszej linii metra z Kabat do Młocin.

12 lat żmudnego drążenia - tyle trwała budowa pierwszej linii metra do stacji Politechnika. Gdy w kwietniu 1983 na budowie wbito pierwszą łopatę mało kto spodziewał się, że na przeszkodzie stołecznym budowlańcom stanie nie tylko kryzys ekonomiczny i pusta miejska kasa, lecz także osiadający grunt czy podziemne jeziora.

fot. archiwum Warszawskiego Metra - lata 50. budowa metra na Pradze

 Robili podkop, zasypała ich ziemia

Pierwsza śmierć na budowie metra przydarzyła się w maju 1984 roku. Wtedy praca nie trwała 24 godzin na dobę. Nie była też dobrze strzeżona. Właśnie, dlatego, gdy robotnicy ogłaszali fajrant, budowa stawała się często placem dla zabaw i wypraw dzieci z Ursynowa.

- Rozpoczynał się czas wypraw eksploracyjnych po wykopach, pomostach, tunelach. Zwykle kończyły się one ucieczką przed stróżem – wspomina na swojej stronie ursynow.org.pl, Maciej Mazur, reporter Faktów TVN, miłośnik Ursynowa.

Jedna z tych wypraw zakończyła się jednak tragicznie.

Na ul. Hawajskiej 8 udało się przedostać wczoraj grupie dzieci w wieku od 8 do 10 lat, które następnie zaczęły się bawić w robienie podkopu. Na dzieci osunęła się ziemia - można przeczytać w "Ekspresie Wieczornym" z 1984 roku. Mimo szybkiej akcji ratunkowej nie udało się uratować 9-letniego Marcina. Więcej szczęścia miał Mariusz, który przeżył i trafił do szpitala.

To nie był jedyny tak tragiczny wypadek na budowie I linii metra.  - W czasie budowy stacji metra Świętokrzyska zginął jeden z górników. Przysypany został w tunelu przed stacją. Było to pod koniec lat 90-tych. Wagoniki dojeżdżały wtedy tylko do stacji Politechnika - wspomina ówczesny prezydent Warszawy, Marcin Święcicki.

Przyznaje również, że w tamtych czasach budowlańcy natrafiali na podziemne jeziora nieujęte w planach geologicznych. Były jednak niegroźne i nie utrudniały budowy tak, jak np. osiadający grunt.

- Gdy górnicy drążyli pod Polem Mokotowskim, osiadał grunt, na którym rosły drzewa. Przez to niektóre zwyczajnie się zapadały. To było przyczyną opóźnienia budowy tej stacji - wspomina Krzysztof Malawko, rzecznik warszawskiego metra.

Stacja "widmo"

Malawko przypomina też o "ruszającej się" stacji Słodowiec.  - Jej oddanie opóźniło się o 2 miesiące, ponieważ zauważyliśmy ruchy korpusu tunelu. Stacja minimalnie "pływała", dlatego na początku były to

perony widmo. Metro dojeżdżało tylko do Marymontu, tam pasażerowie wysiadali, a puste wagoniki zawracały na stacji Słodowiec - mówi Malawko.

Temat tabu

Jednak największe trudności napotkało metro... w latach 50-tych. Budowa ta owiana jest legendą. Komunistyczna władza zabraniała publikowania jakichkolwiek artykułów na ten temat. W różnych punktach miasta rozpoczęto wtedy próbne odwierty, a na przemysłowym Targówku - budowę tuneli.

Połączenie prawego z lewym brzegiem Wisły nigdy nie zostało skończone. Po tych planach pozostały jednak dwa głębokie, długie na półtora kilometra tunele, w których w latach 90. leżakowało wino.

- Budowę przerwano, zresztą też ze względu na napór wód gruntowych. Koszty były zbyt duże i po 1957 roku prace zarzucono. Tunele zalała woda. W budowie przeszkadzała też słynna kurzawka, czyli mieszanina piasku z wodą - opowiada Malawko.

fot. archiwum Warszawskiego Metra - lata 50. budowa metra na Pradze

Nurkowie w metrze

Po praskim metrze został jeszcze jeden fragment - duża, podziemna hala w rejonie dworca Wileńskiego. Tu miały zawracać pociągi. Pod koniec lat 90-tych, do zalanych podziemi zeszli płetwonurkowie. Sławomir Paćko z firmy Technika Podwodna miał sprawdzić, czy zalane korytarze zagrażają budowie galerii handlowej nad Dworcem Wileńskim.

Po wykonaniu ekspertyz, tunele zostały zasypane. - Postanowiono zagęścić grunt. Wpompowano tam duże ilości piachu i cementu - mówi Paćko.

VIDEO Z NURKOWANIA Z KOMENTARZEM NA TVNWARSZAWA

10:23, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Znalazł XIX-wieczny krzyż wśród śmieci

- Jest starszy niż Titanic - mówi Jacek Andrzejak, który dokonał niecodziennego odkrycia w rzece Jeziorce. Wśród pływających w niej śmieci znalazł ewangelicki krzyż żeliwny z 1883 roku. Niezwykłe znalezisko trafiło już do Muzeum Regionalnego w Piasecznie.

Butelki, parasole, piłki do tenisa, ale i stare garnki czy spłuczki - to tylko część rzeczy, jakie można znaleźć w rzece Jeziorce, która płynie 17 km od Warszawy. Jacek Andrzejak organizuje ekologiczne spływy kajakowe i próbuje na własną rękę posprzątać i udrożnić rzekę.

- Jest piękna. Obok Warszawy mamy prawdziwy skarb. Trzeba ją tylko posprzątać - mówi.

Jerzy Andrzejak ze swoim znaleziskiem - foto: Arkadiusz Strzyżewski

Krzyż starszy niż Titanic

Właśnie dlatego wcale się nie zdziwił, gdy w czasie ostatniego sprzątania rzeki trafił na prawdziwy muzealny skarb.

- To krzyż - opowiada. - Po wstępnym oczyszczeniu okazało się, że jest z grobu dwuletniego dziecka narodowości niemieckiej. Na krzyżu widać daty 1881-1883 oraz napis "Emil Boitz", wyryty czcionką gotycką - precyzuje. - Jest starszy od Titanica - śmieje się i obiecuje, że odda krzyż do Muzeum Regionalnego w Piasecznie.

Jednak nawet muzealnicy nie są pewni, skąd wśród śmieci w rzece mógł się znaleźć ewangelicki żeliwny krzyż z XIX wieku.

Gdzie jest krzyż? - foto: Arkadiusz Strzyżewski

Efekt kolonizacji Niemców?

- Przypuszczamy, że jest to konsekwencja kolonizacji Niemców w Piasecznie – mówi historyk sztuki Agata Kamińska z muzeum w Piasecznie i jednocześnie przyznaje, że będzie bardzo trudno ustalić, jakim cudem krzyż trafił do rzeki. Można tylko spekulować.

- W latach 1801-1806 do Piaseczna została sprowadzona duża grupa Niemców. Zostali tu osiedleni na terenie dzisiejszej Starej i Nowej Iwicznej, Józefosławia i Orężnej. Jednak historia tego krzyża pozostanie zagadką. To, że trafił do rzeki mogło być, efektem złego nastawienia rosyjskich władz do Niemców – mówi Kamińska.

Tym bardziej, że krzyż został znaleziony w Chylicach przy ul. Dworskiej, zaraz obok mostu. Tuż obok znajduje się kościół katolicki. – Bywało tak, że na terenie przykościelnym chowano zmarłych, ale w tamtym czasie istniał już cmentarz ewangelicki poza miastem – mówi Kamińska.

- Dziś pozostałości po cmentarzach ewangelickich są w Górze Kalwarii i w Nowej Iwicznej. Ten drugi dziś już jest katolicki. Krzyż mógł być z tych cmentarzy. Może ktoś specjalnie chciał się go pozbyć – spekuluje historyk sztuki.

Jerzy Andrzejak wyłowił krzyż - foto: Arkadiusz Strzyżewski

20:00, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
statystyka