Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
środa, 23 września 2015
Rosja na krańcach Federacji

Język rosyjski w Biszkeku jest wszędzie. Babcia do wnuczki na przystanku mówi po rosyjsku, kobieta sprzedająca narodowe przysmaki w centrum miasta zachwala je w języku Puszkina, w kinie  dubbing jest oczywiście taki sam jak w Moskwie. Raz jeden, w toalecie w restauracji słyszałem, jak ojciec do kilkuletniego synka mówił po kirgisku, najprawdopodobniej, że przed jedzeniem trzeba umyć rece. Tłumaczył mu, jak się domyslam, podstawy, właśnie w języku przodków. Jest w tym myślę olbrzymi smutek, że naród może być aż tak zdominowany. Nawet na Białorusi widziałem szyldy sklepowe w języku białoruskim. A tu nic, językowa pustynia. Trzeba mieć niebywałe szczęście, by w przestrzeni publicznej spotkać język kirgiski. Nie ma go w komunikatach na lotnisku,  na znakach drogowych, trudno go nawet usłyszeć w marszrutkach. Na kolejowym dworcu głównym w Biszkeku najważniejsze połączenie to pociąg relacji Biszkek - Moskwa, 27 godzin w jedną stronę.

Pod moim poprzednim wpisem pojawił się głos,  że mój rozmówca - Abdullah - skarżący sie na obecność Amerykanów na Majdanie to trzeźwo myślący człowiek. Z perspektywy Biszkeku ten komentarz Lavinki wydaje mi się jeszcze głupszy, niż jest w rzeczywistosci. Jestem daleki od popierania Amerykanów, ale gdy do wyboru jest świat przeżarty przez klany i oligarchów lub rzeczywistość "wspierania demokracji" to najmniejsze zło jest tu tylko jedno.

Często zgadzam się z komentarzami kolegów, którzy krytykują Unię Europejską, NATO i cały świat zachodni, że jesteśmy bezradni,  że Unia jest czasami kuriozalna, że tarczy brak, że stacjonujących wojsk na wschodzie sojuszu za mało. Jednak, gdy przychodzi do rozmowy z człowiekiem face to face w Kijowie, Mińsku czy Biszkeku, przy piwie w barze, na bazarze ze sprzedawcą, albo kierowcą taksówki, to nigdy nie mam wątpliwości skąd jestem, jak mi się żyje, że jeżeli Unia to nigdy Euroazjatycka.

poniedziałek, 21 września 2015
Kirgiz do Polaka: jestesmy tacy do siebie podobni

Abdullah kiwa glowa z mina medrca, jednoczesnie przystawia palec do ust, jakby chcial mnie uciszyc, choc wcale nie chce mu nic mowic. Ot sobie stoje, a on juz zaakceptowal, ze "taksowki nie nada". W pewnym momencie jednak lapie mnie za ramie i niemal na ucho chce mi cos powiedziec.

- My Kirgizi i wy Polacy jestesmy bardzo do siebie podobni - mowi z powazna mina przekonany o madrosci swoich slow. - Praaawda? - pytam mocno zdziwiony, bo moj towarzysz, jest zbyt pewny swoich slow i jakos mu nie wierze.

- No tak, was non stop, ktos lal i tak samo my tez ciagle dostawalismy od kogos lanie - mowi i razem parskamy smiechem.

A co ty, Ruski?

Abdullah wrecz zmusza mnie bym zapisal sobie jego numer telefonu. Przekonuje, ze moze konia mi nie wynajmie, to jednak ma auto i jeszcze nie raz w Kirgistanie bede go potrzebowal. Choc jest po 6:00 rano proponuje mu bysmy sie napili, bo znudzilo mi sie stanie i czekanie na gospodarza z couchsurfingu.

- A co ty, Ruski jestes? - Abdullah pochmurnieje i stoimy dalej na skrzyzowaniu Karola Marxa (choc na mapie to Yunusulieva) z Suyerkulova obok bazaru Ortosay przy kwiaciarni.

Po chwili niepytany Abdullah mowi - Wybory sie zblizaja w Kirgistanie, dlatego jest mmalo turystow. Ludzie mysla, ze cos sie zacznie, dlatego nie przyjezdzaja - mowi i udaje, ze strzela z niewidzialnego pistoletu. - Rewolucja? - pytam.

- Niczego nie bedzie. Widziales co sie dzieje na Ukrainie. Amerykanie razem z - tymi, jak im tam - banderowcami zrobili rewolucje i co teraz na Ukrainie maja? To bylo dobre, czy zle? - pyta wprost, a ja znaczaco wypuszczam powietrze z ust i mowie, ze wojna jest zawsze zla, a bandrowcow i Amerykanow, to bylo tam "ciut ciut", cala reszta to byli zwykli ludzie, ktorzy chcieli zmienic swoj kraj. 

Abdullah patrzy na mnie jak na idiote, ktory nie oglada telewizji i nie wie o czym mowi. Znow parska smiechem.

Jest 6:40. Zaczyna sie moj pierwszy dzien w Kirgistanie. Wschodzi slonce, a zza chmur na horyzoncie widac szczyty osniezonych kilkutysiecznikow. Po drugiej stronie ulicy czeka na mnie Chris, ktory uczy w tutejszej szkole. Macha do mnie z daleka na przywitanie. Sciskam obie dlonie Abdullaha i zyczymy sobie szczescia.

09:31, jeanvaljean
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 września 2015
Uzależnienie od Ukrainy

Przez lata podróżowania na wschód nauczyłem się, że nie osądza się tam przynajmniej jednej rzeczy: miłości. Gdy zrobisz coś nieodpowiedzialnego dla rodziny - a tym bardziej dla kobiety, którą kochasz - usłyszysz słowa zrozumienia i wsparcia - "Eta ljubow". Taki też Majdan zapamiętałem: dla dobra rewolucji nie zawsze był pokojowy, a mimo to wszystko zostało mu wybaczone. Jednak czy cena nie była zbyt wysoka?

W grudniu 2013 roku w drodze na Majdan po raz pierwszy czułem, że muszę tam być. To samo w styczniu, lutym, marcu i kwietniu. Prawie pół roku wyszarpywania dni z kalendarza by obserwować i opisywać to co działo się w Kijowie.

Jak nieodpowiedzialne i źle zaplanowane były te wyjazdy, niech potwierdzą Ci, którzy widzieli mnie, gdy za każdym razem w ostatniej chwili do torby podróżnej pakowałem jedną koszulę i zaraz meldowałem się na Dworcu Zachodnim. Tam o 21.30 wsiadałem do autobusu rejsowego i jechałem z Warszawy do Lwowa, a później dalej choćby na kilka dni na Majdan Niezależności, Krym, do Charkowa, Zaporoża, Odessy czy Dniepropietrowska. Za każdym razem, po to by lepiej rozumieć. Za każdym razem, byłem pewien, że to już ostatnia podróż "na Majdan".

Poszukiwacze przygód

Takich jak ja polskich dziennikarzy - uzależnionych od Ukrainy w tamtym czasie - na Majdanie było więcej. Niektórym przez rewolucję na wschodzie rozleciały się związki, ponieważ przez długie tygodnie żyli tylko tym co się działo w Kijowie. Nie pytaliśmy: „Czy jedziesz?”, ale „Kiedy się spotkamy na Majdanie?”. Na takich jak my niektórzy pogardliwie mówili „poszukiwacze przygód”, bo w gruncie rzeczy była to przygoda. Spaliśmy pokotem w biurze prasowym na karimatach, czy budynkach przejętych przez rewolucjonistów i to my byliśmy pierwsi rano na konferencjach prasowych. Te zresztą i tak najmniej nas obchodziły, bo my chcieliśmy poznać prawdę o Majdanie, a tę znali ludzie stojący na mrozie, a nie politycy na konferencjach.

Wtedy nie miało znaczenia też, którą redakcje reprezentujesz, ale jak dobre zdjęcie zrobiłeś, czy tekst napisałeś. W Profspiłkach - spalonym w lutym 2014 r. biurze prasowym -  tworzyliśmy „polski stolik”, ponieważ pracowaliśmy razem, podpowiadaliśmy sobie, pomagaliśmy w tłumaczeniach, razem w środku nocy jechaliśmy sprawdzić niesprawdzone informacje. Gazeta Polska razem z Gazetą Wyborczą, TVN24 obok Radia Wnet. To była dla mnie prawdziwa rewolucja, no i szkoła dziennikarstwa, ponieważ na Majdanie okazało się też, że nikomu - a przede wszystkim liderom ukraińskiej opozycji - nie wolno wierzyć „na słowo”.  W tej plątaninie interesów, biznesów i polityki, wielu chciało rękami dziennikarzy, ale przede wszystkim prostych ludzi, którzy uwierzyli, że wymiana elit może zmienić ich życie, ugrać jak najwięcej. Właśnie dlatego na Majdanie podziwiałem najbardziej -  i myślę, że nie tylko ja - tych prostych ludzi, którym przyśniła się radykalna zmiana ich kraju, radykalna wymiana elit przeżartych przez korupcję. Sen o Unii Europejskiej, to tak naprawdę sen o normalności.

Molodcy znaczy zuchy

Sen ten śnili zresztą nie tylko Ukraińcy, którzy byli na Majdanie. Argument mojego ojca, który powtarzał, że kilka tysięcy osób na placu w Kijowie w ponad 40 milionowym kraju, to jest kropla w morzu, mnie nie przekonywał. Kropla przecież drąży skały, a Majdan okazał się tykającą bombą, która odsłoniła prawdziwe oblicze Rosji. O tym, że lont się pali świadczyły szczegóły. Na granicy w Medyce, ludzie – tak zwane „mrówki” na nasze – „Wracamy z Majdanu Niezależności” do pogranicznika reagowali pomrukiem podziwu. To ich ciche „Molodcy” (czyli „zuchy”), które słyszeliśmy było jak zapewnienie, że stoimy po właściwej stronie barykady.

O tym, przekonał mnie też nastoletni Wasyl w Dniepropietrowsku, gdzie skromny – bo ciągle rozganiany -  Majdan na początku lutego przyciągał może kilkadziesiąt osób. Mimo tych trudności chłopak był pełen wiary w demokracje, wolność i sprawiedliwość. Młody idealista odcinał się od radykałów  i wierzył, że lepszy świat jest możliwy. W pewnym sensie zawstydzał mnie. Właśnie dlatego to jemu dałem koszulkę „Solidarności”, którą za każdym razem woziłem ze sobą na Wschód.

O ważności Majdanu przekonał mnie też – w sposób symboliczny - Olek z Drohobycza, który – choć go nie znaliśmy - w styczniu podbiegł do mnie i do Franka Rapackiego przed Profspiłkami i zapytał uśmiechnięty „Co tam u was żurnalisty z Polszy?” energicznie przybijając piątkę. Olek zginął 9 lutego od strzału snajpera na Majdanie, tak jak sto innych osób. Zginął od strzału, którego wszyscy się spodziewali.

Dzięki znajomościom w Samoobronie Majdanu wiedzieliśmy, gdzie i kiedy „zacznie się”. - Po co wracacie do Polski, we wtorek będą pierwsi zabici - mówił nam w lutym jeden z szefów rewolucji, tuż przed „czarnym tygodniem” kijowskiego powstania. I tym razem też się nie pomylił. Po raz kolejny sprawdziła się jego przepowiednia co do końca zawieszenia broni. Skąd wiedział, kiedy Berkut zacznie rozstrzeliwać Majdan? Może stąd, że to radykałowie Majdanu pod flagami Unii Europejskiej doprowadzili do eskalacji przemocy? Czy było to konieczne? Czy można było tego uniknąć? Czy cena za zwycięstwo Majdaniu nie była zbyt wysoka? Te pytania do dziś mnie męczą. Wiem jednak, że gdyby nie skrajne skrzydło Majdanu rewolucja by nie zwyciężyła, a to dzięki niej przecież poznaliśmy prawdziwą twarz Władimira Władimirowicza Putina. Tylko czy z tą wiedzą świat zdolny jest zrobić pożytek?

TEKST UKAZAŁ SIĘ W 72 NUMERZE FRONDY LUX W 2014 r


14:48, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
środa, 02 września 2015
Nie jestem, kur***, blogerem.

Kiedy to było? Przed chwilą, a z pewnością jeszcze w 2013 roku, bo wtedy tu opublikowałem ostatni swój wpis. Zawsze traktowałem tego bloga jako taki kalendarz, dzięki któremu wiem, że w czerwcu 2006 roku byłem w USA, a w czerwcu 2008 roku na koncercie Boba Dylana. Niestety zdjęcia z wyjazdu do Drohobycza na cmentarz żydowski z listopada 2013 roku (opublikowane w grudniu) to mój tu ostatni wpis, a co było dalej?

To nie o różach, nie o bratkach są to słowa, bo przecież sporo się działo, trudno to wszystko zliczyć. Miejsca, ludzie, awantury, rozstania i powroty. Stemple w paszporcie, podróże autostopem, pociągami, marszrutkami.

Mniej więcej jakoś tak:

Czarnobyl, Lwów i Kijów i Majdan  raz w miesiącu w 2014 roku, Odessa kilka razy, Charków, Zaporoże, Hulajpole (luty 2014), Sewastopol, Symferopol, Eupatoria, Mińsk, Pińsk, Brześć (maj 2014), Użhorod, Stryj, Sambor, Kołomyja, Rachów, Sołotwino, Syhot Marmaroski, Sapanta, Satu Mare, Nyiregyhaza, Tokaj, Koszyce, Zakopane (lipiec 2015) .. ale też Teheran, Qom, Isfahan, Yazd, Sziraz i dalej irański Kurdystan, Kermanszach i pogranicze irańsko - irackie aż do Marivan (pażdziernik 2014).

Hotel Plaza, śpiwór, plaża

Jednak choćby przyszło tu tysiąc atletów, zliczyć tych wszystkich wyjazdów  już mi się nie chce. To czemu budzę duchy tego blogaska? Nie dla sławy i nie dla pieniędzy, to prawilnie przypominam. Więc po co? Kiedyś, nie tak dawno zresztą, przy barze klubu Klaps, przy mocno zakrapianym wieczorze, w obecności dobrych koleżków, podszedłem do dziewczyny, a ona mówi: Ja cię znam. Ty masz bloga Beznaswy. Zdębiałem to fakt, bo to już długo jak nic nie pisałem, ale jednak dziewczyna miała racje, no mam bloga, a zaraz, bo 20 września, jadę do Kirgistanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu, więc dlaczego by nie znów powrzucać trochę zdjęć?

Nie jestem typem, co przy każdym wyjeździe zakłada nowego bloga, choć pewnie wielu, jak sadzę, myśli, że błądzę i mnoży te blogi, to jednak mój jest ten kawałek blogaska i nie zawaham się go użyć, bo od początku żyję tu, gdzie te historie się toczą, dlatego też, bez spinki i notki codziennej, spróbuję dalej ciągnąć ten mandżur.

p.s. Dla tego, kto pierwszy poda liczbę ukrytych w tym wpisie cytatów z piosenek hip-hopowych przewidziano nagrodę. Nagrodę wygrywa Jasiu, konkurs rozstrzygnięty, odpowiedź padła na fejsie. Cytatów jest 7. Jeden ukrył się w tytule, 6 w tekście.



02:14, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
statystyka