Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
środa, 29 maja 2013
Abchazja: kraina ludzi morza i górali.

Wojciech Górecki - pisarz, dziennikarz, podróżnik - na Kaukaz jeździ już od 20 lat. Gdy przeczytałem jego ostatnią książkę Abchazja, pomyślałem: "Chciałbym z nim porozmawiać". Napisałem maila do wydawnictwa Czarne i po kilku minutach odebrałem wiadomość z pytaniem: "W czym mógłbym Panu pomóc?". W ten sposób trafiłem na ul. Koszykową do Ośrodka Studiów Wschodnich, gdzie rozmawialiśmy m.in. o celu mojej następnej podróży: Abchazji. 



Bartosz Andrejuk: Rozmawiając o podróżach, przy kieliszku wódeczki, z moimi kolegami, często twierdzę, że mentalnie Polakom bliżej do Europy Wschodniej. Nie ma Pan też takiego wrażenia?

Wojciech Górecki: Jesteśmy inni niż Rosjanie czy Ukraińcy, natomiast mentalnie bliżej nam do nich niż Europejczykom z Zachodu. Jednak Polska to nie Europa Wschodnia, a Środkowa. Nie mam wątpliwości. Rozumiemy i Wschód, i Zachód, ale najlepiej czujemy się w towarzystwie Czechów, Węgrów, Rumunów, bo mamy podobne doświadczenia. Należymy jednak zdecydowanie do kultury zachodniej.

BA: W ostatniej książce Abchazja opowiada Pan o swoim powrocie z Kaukazu w grudniu 1995 roku. Wspomina Pan polską załogę Warsu w pociągu Budapeszt – Warszawa. Pisze Pan: „Ludzie jeszcze lubią rozmawiać. Ludzie jeszcze sobie ufają”. Ja to nadal czuję, gdy wracam dziś z Europy Wschodniej, np. z Ukrainy.

WG: W Rosji, gdy przełamie się pierwszy naturalny strach, można spotkać się z większym zaufaniem do człowieka niż w Polsce. U nas ludzie nawet nie znają swoich sąsiadów. Boimy się ze sobą rozmawiać, podejrzewamy się o najgorsze intencje, nie ufamy sobie. W latach 90. było inaczej. To się zmieniało na moich oczach. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Może przez lobby producentów zamków antywłamaniowych czy rozpętywanie różnych kampanii strachu? Dziś nie wyobrażam sobie sytuacji, że wchodzę do pociągu, nie mam pieniędzy i mówię: „Zabierzcie mnie”. A oni wtedy w tym Budapeszcie mnie zabrali. W Polsce drastycznie spadło zaufanie ludzi do siebie i do państwa, które robi się coraz bardziej obce. Państwo ma też coraz mniej zaufania do obywateli. W latach 90. człowiek się bardziej z nim utożsamiał.

BA: W latach 90. inny był też Kaukaz. Pan go już wtedy poznał. W 1994 notował Pan, że Abchazja to jest klucz do regionu, że jedzie Pan tam, by poczuć prawdziwy Kaukaz. Czy on jeszcze istnieje?

WG: On istnieje, ale jest ukryty. Rozmawiałem z ludźmi, którzy raz tam pojechali i byli rozczarowani. Nie spodobało im się, odczuli nieprzyjemną stronę Kaukazu, czyli naciągactwo, chęć zarobienia kosztem przyjezdnych. W Kaukaz trzeba bardzo głęboko wejść. Ten prawdziwy dziś jest mniej widoczny, niż to było kiedyś paradoksalnie dlatego, że normalnieje. Są rozkłady jazdy na przystankach autobusowych. W samolotach nie lata się już na stojąco jak w latach 90. Jak chcemy się z kimś spotkać, to musimy się umówić, a nie po prostu wpaść, co skądinąd jest zmianą na lepsze. Ale w związku z tym "kaukaskości" trzeba się dobrze naszukać.

BA: Do Gruzji latają już tanie linie lotnicze.

WG: Gruzja jest bardzo nastawiona na turystów, zaczyna z nich żyć. Jak przyjeżdża 100 tys. ludzi przyjeżdża i wszystkich mieliby ugościć w domu, toby z torbami poszli. Oczywiście można jeszcze się na prowincji załapać na imprezę domową i poczuć trochę ten duch narodu. Podobnie jest w Abchazji, która jest bardziej powściągliwa. Tam nigdy nie było epatowania serdecznością, przynajmniej już za moich czasów. Jadąc tam pierwszy raz, ma się bardzo małe szanse, żeby dotknąć tej "kaukaskości", którą opisuję w książkach. Nie mówię, że jest to niemożliwe. Jest to po prostu trudne.

BA: Kolega opowiadał mi, że jak Abchaz zdobył złoty medal na olimpiadzie w Londynie w podnoszeniu ciężarów, to cała wioska wybiegła na ulicę i wszyscy zaczęli strzelać z kałachów w niebo. Zapadła Panu jakaś szczególna klisza, obrazek w głowie z Abchazji?

WG: W środku lata szedłem przez most na Inguri, łączącą Gruzję właściwą z Abchazją. Wtedy tam jeszcze nic nie jeździło. Później ONZ wprowadził busiki wahadłowe. To jest długi most. Miałem 30 kg bagażu, głównie książki i był potworny upał. Minąłem posterunek rosyjski i doszedłem do abchaskiego. Ledwo szedłem w tym słońcu. Abchaski żołnierz pierwsze, co zrobił, jak mnie zobaczył, to skoczył do blaszanego kontenera, gdzie mieścił się posterunek i wybiegł z krzesełkiem, mówiąc: "Usiądź i sobie odpocznij". Ujęło mnie to. Widział, że człowiek idzie zmęczony, to pomyślał: "Niech sobie odpocznie chwilę". Na Kaukazie mogłoby się to zdarzyć w wielu miejscach, w Polsce by się nie zdarzyło.

BA: W Abchazji jest też Kaukaz, którego Pan nie znosi. Kaukaz spod znaku „taksówkarzy trajkoczących o gościnności i winie, i półdarmowych komnatach”. Na ile ten Kaukaz dominuje w Abchazji nad tym, o którym pisze Pan: „świat nienawiści i sporów, ale i straceńczej odwagi, szczodrości i serca na dłoni”?

WG: Ten Kaukaz, którego nienawidzę, jest w kurortach. W zachodniej części Abchazji. Tam turysta jest ofiarą, ale tak jest wszędzie na Kaukazie. Ten drugi świat to wieś abchaska, taka tradycyjna. Ich jest najwięcej w rejonie Gudauty i Aczandary. Dwa ośrodki abchaskiego życia duchowego to Gudauta i Oczamczira. Suchumi to było zawsze kosmopolityczne miasto. Nie było abchaski z ducha.

BA: W Polsce istnieje powszechne przekonanie, że „Gruzin lubi Polaka”. A jak Abchaz reaguje na naszych rodaków?

WG: Wszędzie nas na Kaukazie lubią. W Abchazji sporo ludzi urodzonych w późnych latach 30., 40. i na początku 50. ma polskie imiona. Wtedy było zakazane nadawanie abchaskich. Spotyka się więc Władysławów czy Stanisławów – przez pamięć o Polakach, którzy walczyli po stronie górali w wojnie kaukaskiej w XIX wieku. Tam się z uwagi na to nas lubi. Abchazi wypominają Gruzinom, że wtedy popierali Rosję.

BA: Stereotypowy Gruzin jest bardzo gościnny, kocha pić wino, jest dumny i jest porywczy. Jaki jest stereotypowy Abchaz? Na ile różni się od Gruzina? Pisał Pan o tych narodach: „Żyli ze sobą, ale obok siebie”.

WG: Abchazi są bardziej skryci, mniej ekspresyjni. Typowy, klasyczny Gruzin to Kachetyjczyk. Swan jest już inny. Mergel też. Abchazi przypominają trochę Swanów. Ważna jest też przy całej powściągliwości ich otwartość na świat, na nowinki. To jest otwartość właściwa ludziom morza. To są górale, ale jednocześnie żeglarze. Naród, który łączy w sobie dwa żywioły. Do tego oczywiście opisuje ich cała paleta cech ogólnokaukaskich – są honorowi, odważni i gościnni…

BA: Gdyby dziś pierwszy raz jechał Pan do Abchazji, z wiedzą, którą już Pan ma – to gdzie by Pan pojechał?

WG: Starałbym się przejechać całą Abchazję. Być w miejscach ważnych dla abchaskiej duchowości, ale ten zły Kaukaz też chciałbym zobaczyć. Pojechałbym do Gagry, dzień spędziłbym w Nowym Afonie. Odwiedziłbym Pschu wysoko w górach. Starałbym się doświadczyć abchaskiej różnorodności. I pojechałbym do Czegemu. Nigdy w życiu nie byłem w Czegemie. Może w tym roku się uda? 

******

Wojciech Górecki, ur. w 1970 roku w Łodzi. Zadebiutował w 1986 roku na łamach "Sztandaru Młodych". Współpracował m.in. z "Gazetą Wyborczą", "Życiem Warszawy", "Rzeczpospolitą", "Więzią", "Res Publicą Nową" i "Tygodnikiem Powszechnym". Członek zespołu redakcyjnego "Tygla Kultury", stały współpracownik "Nowej Europy Wschodniej". Współautor filmu dokumentalnego Boskość Stalina w świetle najnowszych badań (TVP 1998).
Autor książek: Łódź przeżyła katharsis (1998), Planeta Kaukaz (2002), La terra del vello d'oro. Viaggi in Georgia (2009), Toast za przodków (2010). i Abchazja, która zamyka kaukaski tryptyk.
W latach 2002–2007 pierwszy sekretarz, a następnie radca w Ambasadzie RP w Baku. Był ekspertem misji UE badającej okoliczności wojny w Gruzji w 2008 roku. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. W 2011 roku był finalistą Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz został nominowany do nagrody Nike 2011.  

Notka biograficzna za czarne.com.pl

14:13, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 maja 2013
To nie jest osiedle strzeżone

18:51, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 maja 2013
Wakacje w Abchazji

Cofnijmy się najpierw w czasie:

- Eta linia frontu – powiedziała do mnie kobieta w ambasadzie Górskiego Karabachu i przejechała linijką po mapie zawieszonej na ścianie. Ta mapa  Kaukazu była całkiem inna od tej, którą przywiozłem z Warszawy. Na mojej  miasto Agdam było azerskie, na tutejszej ormiańskie.

- Polajak? Wy podróżnicy –  sama sobie odpowiedziała. Tym pytaniem jakby wytłumaczyła sobie fakt, że chcę jechać tam, gdzie właściwie nie ma nic. W domyśle: "Ot wy Polacy już tak macie. Taka wasza fantazja. Ja was znam". Jakby na dowód z szafy wyjęła gruby segregator z papierami. Dzień wcześniej była u niej grupa 20 moich rodaków. W takich sytuacjach zawsze mówię: "Wiesz dlaczego my Polacy jesteśmy wszędzie? Ponieważ  pewnego dnia przejmiemy kontrolę nad światem!". Tym razem jednak nie wiedziałem jak to będzie po rosyjsku, więc nie powiedziałem nic.

 - Tut miny - dodała kobieta,  a z formularza wizowego wykreśliła pogranicze Karabachu, które zaznaczyłem jako cel mojej podróży. - Tam wojna. Nie można – powiedziała z miną matki karcącej syna. Dodała: - Harosza kraina – bym nie miał wątpliwości, że cieszy się, że odwiedzam jej kraj i się na nią nie gniewał.

Kobieta zapytała jeszcze czy wkleić wizę do paszportu, czy na oddzielną kartkę. "Dawaj, można w paszport" – powiedziałem pewnym głosem. To musiało się jej spodobać, bo zadowolona wbiła pieczątkę i z łagodnym babcinym uśmiechem powiedziała: "Witamy w Górskim Karabachu"


Zbombardowane miasto Agdam

--------------

To wyżej to moje zapiski z wakacji 2012 roku, których z jakiś powodów nie chciałem publikować.  Pojechałem wtedy do Armenii droga lądową. Dojechałem, aż do miasta Agdam, za którym zaczyna się już Azerbejdżan i dalej jechać się już nie da. (Mój przewodnik opowiadał mi o amerykańskich turystach, którzy uznali, że jednak się da. Weszli więc na pole minowe, a z wycieczki wrócili bez nóg.)

W 2011 byłem w Nadniestrzu. Spędziłem tam tylko kilkanaście godzin, ale dokładnie opisałem je w reportażu "Historie pięciu łapówek". Zawsze ciągnęło mnie do miejsc, których teoretycznie nie ma na mapach świata. Do tych wszystkich miasta, które przypominają "żywy legoland", gdzie bloki zbudowane są jakby z klocków, a ludzie żyją jakby na innej planecie. Lubię wszelkie ruiny, zapuszczone bramy, opuszczone porty, czy zdewastowane fabryki.

W czerwcu 2013 chcę odwiedzić Abchazję.  Kolejną separatystyczną republikę, która ma swoje znaczki, banknoty, przejście graniczne i prezydenta. Rząd polski uznaje, że Abchazja to część Gruzji. Jak można wyczytać na wikipedi inne zdanie ma m.in. rząd Rosji, Nikaragui, Wenezuela, Nauru, Vanuatu i Tuvalu. Obywatele tych krajów nie potrzebują wizy by tam wjechać. Reszta musi wypełnić odpowiednie formularze, wysłać skan paszportu i opłacić odpowiednią sumę dolarów. Proste. 

SPRAWDŹ JAK TO ZROBIĆ

W zeszłym roku podróżowałem po Kaukazie sam, w tym zabieram towarzyszkę. Wtedy jechałem jak normalny człowiek autobusami, marszrutkami i pociągami (5 dni w jedną stronę), w tym lecimy niczym burżuje tanimi liniami lotniczymi (kilka godziny w jedną stronę).

Dlaczego jedzie ze mną O. tego do końca nie wiem, ale ja uważam, że samogon z Kaukazu działa na mnie uzdrawiająco. Do tego śni mi się ostatnio codziennie, że pakuję najpotrzebniejsze rzeczy do worka i nie muszę już chodzić do pracy. Czas odmierza mi słońce, a brak pieniędzy to nie jest problem, bo pieniądz to tylko kolorowy papierek. Problem to jest wtedy, gdy ucieka Ci ostatnia marszrutka i nie wiesz, gdzie będziesz spać. No ale, przecież wtedy można spotkać rybaków wracających do domów.

Tak było nad jeziorem Sewan w zeszłym roku. Popatrzyli tylko na mnie i otworzyli drzwi do starej łady, potem swojego domu i lodówki. Dostałem zupę, miskę z wodą i tapczan. Swoje rzeczy położyłem na stole i zacząłem się myć w drugim pomieszczeniu. Gdy mnie nie było, jedna z córek gospodarza musiała zrobić moim aparatem zdjęcie swojej siostrze. Odkryłem to dopiero, później gdy wywołałem kliszę. Przypomniałem sobie wtedy, że ojciec skarcił dziecko ponurym spojrzeniem . Nie wiedziałem o co chodzi. Tak jak wtedy, gdy następnego dni się żegnałem z rodziną rybaków, a gospodyni kilka razy powtarzała: "My normalni, my normalni". Teraz już wiem.

I chyba właśnie dlatego wracam na Kaukaz.  


17:00, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 kwietnia 2013
Praga to nie Warszawa

"Jak Ci się mieszka na Pradze?" - pyta mnie co chwilę jeden z drugim. Pytaniu najczęściej towarzyszy szyderczy uśmieszek. Gdy jeszcze sprecyzuję, że wybrałem mieszkanie w trójkącie ulic: 11 listopada, Stalowa, Szwedzka słyszę często: "To tak z własnej woli?". Standardem są też zdania: "Ja bym nie mógł" lub "A nie bałeś się?".

Pomału nie chcę mi się już mówić o faktach (stację metra – prędzej czy później - będę miał 200 metra od domu, na Stare Miasto jadę 10 minut tramwajem, a bardziej niebezpiecznie jest choćby w Śródmieściu) opowiem, więc o moich nieobiektywnych wrażeniach.

Na Pradze czuję się jak w takim małym zapomnianym miasteczku, z którego w każdej chwili mogę podjechać "do miasta". To taka prowincja, gdzie życie niespiesznie toczy się na ulicy. Tu świat nie ma tajemnic, bo nie ma osiedli strzeżonych (a przynajmniej jest ich wciąż mniej). Po prostu idę i widzę.

Pijany żul nie może utrzymać pionu na przystanku. Ktoś handluje lewymi papierosami. Bramy jak w każdym normalnym miejscu służą do tego by w nich stać i patrzeć na świat. Ewentualnie obalić piwo w dwóch łykach. Trzepaki wciąż służą za bramki, a z zakazu gry w piłkę pod blokiem, można się co najwyżej śmiać. Ludzie są tu biedniejsi, przez to więcej czasu spędzają razem.

To nie jest Warszawa z folderów reklamowych, to raczej takie "małe miasteczko Praga". Bliżej mu, do ukraińskiej prowincji, niż do berlińskiego Kreuzberga. Widzę w nim raczej osadę z Podlasia, niż "dzielnicę artystów". Nie ma czegoś takiego jak "moda na Pragę", ponieważ nigdy nie będzie mody na miejsca zapuszczone i zniszczone. A tu część kamienic wygląda, jakby przed chwilą skończyły się zabory, albo jakieś powstanie.

 Gdy jeszcze było mróz i śnieg, chodziłem do jednej kawiarni w okolicy. Właściciele palili tam w piecu drewnem, obok którego leżał pies i szczekał na klientów, gdy wchodzili. Miałem wrażenie, że jestem gdzieś w Bieszczadach. Około południa, zawsze wali tam ktoś już browary przy stoliku. Kelnerka pozdrawia stałych klientów jak rodzinę, a na podanie naleśnika trzeba poczekać: "bo maszyna nierozgrzana".

Swojskość, otwartość i życzliwość – tak bym określił ludzi, których udało mi się poznać tu do tej pory. Nigdzie indziej nie dostaję tylu kieliszków wódki na koszt firmy spod lady co tu. Nigdzie indziej nie wszedłem do sklepu po raz pierwszy, by po chwili już zmieniać płyty lecące w tle i palić papierosy z właścicielem przez kolejnych kilka godzin. Na tym polega paradoks. Największą wartością Pragi są ludzie, którzy tu mieszkają. 


13:23, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 kwietnia 2013
Dźwig z widokiem na Stocznię Gdańską

Jak dobrze, że nie mieszkam w tym mieście, bo bym chyba codziennie chodził do Stoczni. Mógłbym tam siedzieć bez końca , grać z ochroniarzem w karty, gapić się przez pęknięte szyby na świat i zastanawiać się kiedy tak będzie wyglądać Pałac Kultury. 

20:04, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 kwietnia 2013
Teufelsberg, "Diabelska Góra" w Berlinie

Zostawiłem na chwilę praskie bramy, by powłóczyć się po berlińskich bezdrożach. "Diabelską Górę" pierwszy raz widziałem na teledysku JWP "Tworzymy Historię". Jak się już dowiedziałem w Berlinie, Teufelsberg to ulubione miejsce wagarowiczów, samobójców, graficiarzy, a kiedyś amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Nie mogłem się tam nie wybrać! Do upadku Muru Berlińskiego było tam ponoć "centrum szpiegowsko-podsłuchowe". Powstało ono na górze, która została usypana po wojnie z gruzów Berlina.

01:46, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 marca 2013
Przystanek na żądanie

Zawsze chciałem wracać do domu takimi ścieżkami, bym nie miał wątpliwości, że mieszkam w Warszawie. Dlatego wróciłem na Pragę. Jest środa. Idę Traktem Królewskim do domu. Rząd taksówek na Nowym Świecie przypomina mi o wymarłym Poznaniu, gdzie byłem w poniedziałek. Mijam kebab przy bramie UW. Z pobłażaniem patrzę na policjanta, który spisuje kogoś za picie piwa  na przystanku. Myślę o mundurowym: "Wpadnij na Pragę" i idę do "Przekąsek". Nie byłem tam już dość długo. Przy barze jakiś lamus mówi do pana Romana "Podziwiam pana charyzmę". Roman dalej czaruje dziewczyny i zbija ze mną piątkę. Stałych klientów się przecież nie zapomina. Zamawiam wódkę ze śledziem. Zdejmuję szalik Legii z szyi i układam na barze tak by każdy widział godło. Pytam Romana: "Jak zdrowie?". Wychylam obrzydliwie ciepłą wódkę, patrzę na głośnych turystów z Madrytu i mam dość. Idę dalej Śląsko-Dąbrowskim na Pragę. Przy Targowej wsiadam w N02. Pięciu żuli śpi z tyłu autobusu. Wyglądają jak takie domino z ludzi. Pytam typa w dresach, czy jest przystanek na Szwedzkiej. "A skąd jesteś?" odpowiada. Zgodnie z prawdą mówię "Z Grochowa, bo co?". Pokazuje mi rozkład jazdy bym sobie sam sprawdził. Tak robię i wysiadam w al. Solidarności. 


13:12, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 marca 2013
Tramwajem jadę na Pragę

Tramwaj numer 23 jeździ ulicą Stalową. Jeszcze przed przeprowadzką na Pragę widziałem jak zatrzymał się na przystanku, a z dachu wagonu Swinga błyskawicznie zszedł chłopak. Zwinny jak jaszczurka  pasażer na gapę zeskoczył na chodnik, rozejrzał się na boki i prysnął między kamienice. Gdyby ktoś opowiedział o tym Tyrmandowi ten pewnie wzruszyłby tylko ramionami.

W Dzienniku 1954 przecież pisał: Spędziłem życie w tramwajach. Tramwaj warszawski jest symbolem egzystencji. Pełna zgoda. Chłopak jadący na dachu tramwaju mógłby być spokojnie symbolem życia po prawej stronie Wisły, tak samo jak ten wspinający się po kratach kamienicy do swojego mieszkania na pierwszym piętrze.


Takie scenki tu to nic nadzwyczajnego, przecież przeprowadziłem się "do Azji".  Byłem kiedyś też w tej prawdziwej. W Wietnamie, Tajlandii i Kambodży przeżywałem kulinarne uniesienia jedząc tam przysmaki azjatyckiej kuchni. Tak dobrej zupy PHO jak na ulicach Sajgonu nie jadłem chyba nigdzie. Nasza stołeczna "Azja" też mnie ostatnio kulinarnie zachwyciła.

W niedzielę rano na gigantycznym kacu zapukałem do Szynku Praskiego na – nomen omen – ul. Stalowej. Było jeszcze grubo przed otwarciem. Pani jednak tylko na mnie spojrzała i doskonale wiedziała czego mi trzeba. Podała mi jeden z najlepszych w moim życiu żurków. Krzesła stały odwrócone na stolikach, a ja byłem w siódmym niebie.

Przypomniała mi się wtedy Ukraina i Rusłan, który w autobusie z Lwowa do Warszawy wyciągnął flaszkę wódki. Podał mi ją i uśmiechnięty od ucha do ucha powiedział: "Rusłan jestem". Pisałem o tym tu. Ostatnio podobną sytuację miałem na Pradze przy ul. Strzeleckiej, gdzie płonęła kamienica. Poznałem tam dwóch miejscowych. Jeden wyszedł właśnie z więzienia, drugiemu urodziło się dziecko. Bez pół litra i tym razem się nie obeszło.



21:51, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 marca 2013
Powrót na prawą stronę rzeki

Korytarz w dzieciństwie prowadził mnie w zakamarki, do pralni, piwnicy, czy kina. Mnie i moich kolegów z Kica, kolegów z korytarza. Naszych rodziców zaś na papieroska i piwko na sanki, które stały... na korytarzu przez cały rok. Mówili o nas "dzieci akademika". Choć ja bym nas nazwał dziećmi korytarzy, murków, schodów, czy po prostu: dziećmi z ul. Kickiego.

- Grochów się budzi z przepicia – śpiewał o tym miejscu Muniek.

Tam się urodziłem.

Nieważne właściwie gdzie, ważne że teraz wracam... trochę w inne miejsce, bo nie na Grochów, ale wciąż na prawą stronę Wisły.

Prawa znaczy właściwa, tak?

Mam nadzieję, że Praga to będzie moje miejsce.

Mam też zamiar znów blogować. Blogować z podróży.

Tak powstało beznaswy.blox.pl: to był, jest i będzie, blog z podróży.

Tym razem z przeprowadzki ze Służewca na Pragę Północ.

Piękna podróż proszę Pana.

Znów bez mapy i z dobytkiem na plecach.

Let me see.


Rok osiemdziesiątyktóryś albo początek dziewiedziesiątych, park obok kina 1 Maja:



02:10, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
środa, 13 marca 2013
To było w Planie

 

 

06:46, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
statystyka