Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
środa, 13 marca 2013
To było w Planie

 

 

06:46, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 marca 2013
ELO WARSZAWO

16:07, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lutego 2013
Narodowcy na UW: "To spontaniczny happening"

- To nie było chuligaństwo, ale spontaniczny happening, który miał zwrócić uwagę na nierówne traktowanie poglądów na Uniwersytecie Warszawskim - mówi Witold Tumanowicz, który we wtorek był w Audytorium Maximum. Według niego, zakłócenie wykładu prof. Magdaleny Środy, to efekt odwołania lutowego spotkania z przedstawicielami Ruchu Narodowego.

Studenci, którzy przyszli na wtorkowy wykład prof. Magdaleny Środy „Moralność życia publicznego” na Uniwersytecie Warszawskim, musieli przeżyć duży szok. Grupa około 50 osób w maskach zwierząt próbowała wejść do Audytorium Maximum i zakłócić wykład. Wyrzuceni do holu przez ochronę, zaczęli tańczyć do muzyki puszczanej z magnetofonu.

- To nie było chuligaństwo, ale happening. - komentuje w rozmowie z tvnwarszawa.pl Witold Tumanowicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. We wtorek przyszedł do auli Audytorium Maximum na wykład prof. Magdaleny Środy.

Wykład profesor Środy wiecem?

Tumanowicz uważa, że wykład  profesor Środy można nazwać wiecem. Przypomina, że rektor UW odwołał ostatnio spotkanie z przedstawicielami Ruchu Narodowego, ponieważ uznał, że bliżej mu do wiecu politycznego niż dyskusji akademickiej.

- Przyszedłem na wykład prof. Środy by sprawdzić, czy i tam będzie zachowany pluralizm dyskusji. Jak się można było domyślać, nie był. Profesor Środa jest również politykiem. Happening narodowców, który widziałem, był spontaniczną reakcją na niesprawiedliwe traktowanie poglądów na Uniwersytecie Warszawskim - mówi Tumanowicz.

„To nierówne traktowanie idei”

Inne zdanie na temat odwołania spotkania z przedstawicielami Ruchu Narodowego ma politolog Bartłomiej Radziejewski z kwartalnika „Rzeczy Wspólne”, wydawanego przez Ruch Republikański.

- Częściowo podzielam zdanie rektora. To miało być spotkanie w homogenicznym gronie. Pojawić się mieli na nim sami politycy związani z Ruchem Narodowym. Jednak jego odwołanie to był skandal. Nie powinno być odwołane, powinna być zmieniona jego formuła - uważa Bartłomiej Radziejewski.

Dodaje też, że ta sytuacja świadczy o nierównym traktowaniu różnych opcji ideowych  na Uniwersytecie Warszawskim.

- Happening przed wykładem profesor Środy miał zwrócić na to uwagę. Narodowcy mają aspiracje polityczne, a dzięki tej akcji zostali zauważeni przez media. Gdyby przyszli i zadawali tylko niewygodne pytania, nikt by tego nie odnotował – mówi Radziejewski, ale twierdzi, że wykład profesor Środy nie był wiecem. - Wykład to wykład, wiec to wiec – mówi dobitnie.

Zauważa również, że happening narodowców może się okazać dla nich antyreklamą. – Przez to, co się stało, jedni się mogą od nich odwrócić ale - na to jak sadzę liczą narodowcy - znacznie większa grupa osób o poglądach prawicowo-narodowych poczuje do nich sympatie czy współczucie. W sensie politycznym najprawdopodobniej zyskają - mówi politolog.

A jak do zarzutów narodowców odnoszą się władze uczelni? - Spotkanie, o Ruchu Narodowym nie odbyło się ze względu na zaproponowaną formułę. Przedstawiciele władz UW spotkali się z organizatorami z NZS UW i zaproponowali, by zrzeszenie zorganizowało spotkanie w nowej formie: takiej, która spełniałaby kryteria akademickie – mówi Anna Korzekwa, rzeczniczka Uniwersytetu Warszawskiego. Twierdzi, że stowarzyszenie doszło do wniosku, że nie jest w stanie tego zrobić w wyznaczonym terminie i wycofało wniosek o rezerwację sali.

01:58, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 stycznia 2013
Варшава

07:22, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2013
GORYCZ

01:44, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 grudnia 2012
"Jak feluki na Nilu, tak pychówki na Wiśle"

Na środku Wisły, pod mostem Poniatowskiego jest wyspa. To tam stołeczni żeglarze często "parkują" swoje łódki, by po pływaniu odpocząć i rozpalić ognisko. Z kamerą tvnwarszawa.pl wybraliśmy się z nimi na grudniowe pływanie po rzece, by sprawdzić czym jest to, co nazywają "tożsamością Warszawy". 

- Plan wycieczki jest taki, że będziemy pływać między mostami, mając baczenie na to, by nie dopadł nas śnieg – z uśmiechem zapowiada Piotr Ogiński z fundacji "Szerokie wody". Razem z Andrzejem Stańskim od dwóch lat, między kwietniem a grudniem organizuje sobotnie popołudnia pod żaglami na Wiśle. Nie straszne są im niskie temperatury, mielizny, czy kamienie na dnie rzeki.

Na początku grudnia, po raz ostatni w tym roku spotkali się na plaży przy Moście Poniatowskiego, by w wesołym towarzystwie pożeglować po Wiśle. Towarzyszyliśmy im z kamerą.

"Jak feluki na Nilu, jak dżonki na Mekongu"

- Chcemy przybliżyć rzekę młodemu pokoleniu. Pokazać ją ludziom. Jest rzeczą smutną, że Warszawa jest do rzeki odwrócona tyłem – tłumaczy Ogiński, gdy odpływamy od brzegu w stronę Starego Miasta. Łódź, na której płyniemy, to klasyczna pychówka. Jej nazwa powstała od techniki sterowania: odpychania się tyczką od dna. Ale nasza łajba ma również żagle.

- Takie łodzie budowane są zgodnie z „recepturą” kilkusetletnią. Staramy się je rekonstruować z pełnym zapałem, żeby były jak przed wiekami. Te łodzie są typowe dla Wisły. Mogą stanowić o tożsamości Warszawy, tak jak feluki na Nilu czy dżonki na Mekongu – tłumaczy Andrzej Stański i opowiada o ożaglowaniu łodzi. Pychówki, którymi płyniemy mają z przodu zamontowany prostokątny szpandał, normalnie przez żeglarzy nazywany fokiem lub sztakslem.

Warszawski fok

- "Szpandał" to terminologia charakterystyczna dla Wisły. Żagle tego typu można było spotkać w Warszawie jeszcze w latach 50-tych. Pływali na takich łodziach piaskarze – mówi Stański i tłumaczy, że w tym przypadku liczy się dla niego nie tylko tradycja, ale i funkcjonalność. Pychówki są lekkie i dzięki temu idealnie sprawdzają się na Wiśle. Łodzie o głębszym zanurzeniu mają kłopoty ze względu na kamienie i mielizny.

- Złe jest to, że rzeka jest nieżeglowana. O to powinno się zadbać. Wisła ma szansę obok pętli Wielkopolski i międzynarodowej drogi wodnej łączącej Rosję z Polską, stać się jedną z największych atrakcji w Europie. Może się stać perłą na wodach żeglugi Europy – zachwyca się Ogiński. W jaki sposób mogło by do tego dojść?

- Wisła jest ostatnią nieuregulowaną rzeką Europy, a powinna mieć status Loary. Powinna mieć restauracje, toalety, miejsca gdzie można zostawić śmieci. Takim wzorem jest północna Francja, ale i Czechy. Najlepsza jest Skandynawia - mówi Ogiński i przyznaje, że Warszawa jest dopiero na początku drogi. Długiej drogi.

Jest jednak duże zainteresowanie Wisłą wśród młodego pokolenia - Ludzie chcą odzyskać Wisłę, odzyskać rzekę jako fragment miasta - dodaje i pokazuje przepiękny widok na stare miasto.

Panorama jest tu całkiem inna od tych znanych z pocztówek i albumów. Żurawie dźwigów prawie wyrastają z dachów kościołów i murów starówki. Właśnie, dlatego wszyscy uczestnicy naszej dwugodzinnej grudniowej żeglugi po Wiśle powtarzają jednym głosem: - Wcześniej nie znaliśmy tej perspektywy Warszawy. To - obok ciszy i spokoju w samym środku miasta - jest dla nich najważniejsze. Jednak czy aby na pewno?

Żurek na Wiśle

- Koniec naszych wycieczek jest taki, że palimy ogień. Gotujemy na kociołku, bo wspólny posiłek jest tym, co wieńczy dzieło i łączy ludzi. Dzięki temu tworzą się więzi. Ludzie wymieniają się mailami i telefonami i powstaje społeczność. Wisła zaczyna ludzi gromadzić, co jest rzeczą cieszącą oczy i serce – mówi z uśmiechem Ogiński.

Nasz grudniowy spływ Wisłą również kończymy paląc ogień. Zarzucamy kotwicę na wyspę pod mostem Poniatowskiego i rozpalamy tam ognisko z gałęzi znalezionych na plaży na wysokości zoo. Jest gorąca zupa, herbata i ciasto.

Wszystkich, którzy również chcieliby spróbować jak smakuje żurek na Wiśle zapraszamy na stronę fundacji "Szerokie Wody". Tam już niedługo będzie można znaleźć daty kolejnych spływów i plan otwarcia szkółki żeglarskiej w Warszawie. Start sezonu dopiero w kwietniu, ale zapisać można się wcześniej. Liczba miejsc będzie ograniczona, ale żeglowanie jest darmowe.

01:31, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012
"Pokłosie" mogło być filmem wybitnym

To mógł być film wybitny. Reżyser miał magmę, z której powinien zrobić arcydzieło. Niestety źle ten film wyważył i przede wszystkim źle poprowadził narrację. A zaczęło się genialnie. Antysemita wraca do wioski, z której uciekł w dzieciństwie. Wraca do swojego młodszego brata. Odkrywa, że młodszemu serce podpowiada, że ma robić coś, czego świat wioski nie akceptuje. I tu jest najpiękniejsze! Choć nie chce, zaczyna pomagać młodszemu bratu w imię więzów krwi. Te więzy krwi pięknie widać w scenie na komendzie, gdy młody jest wściekły na milicjanta, a starszy mówi : „Rozkazuje Ci przestać w imię tego, że jestem Twoim starszym bratem!” (cytat nie dosłowny) I młody podkula ogon. Ta historia powinna być opowiedziana między tymi dwoma braćmi, a nie między nimi a całym światem. Tego reżyser nie zrobił, za to uciekł w historię, którą w moim przekonaniu już znamy. (dodał jeszcze złych policjantów, złych strażaków, złego księdza, złego kibica) Nie podobały mi się też te oczywiste i wyolbrzymione nawiązania do polskiego antysemityzmu, przez które reżyser zabłądził w miejscu, o którym nie powiedział nic wyjątkowego, a co najgorsze nie zostawił widza "na wdechu". Zamiast poruszyć serca, przebił je. Nie zostawił dla widza wolnego miejsca. Uraczył zaś nas na zakończenie groteskową poczwarką. I zapalił znicz. Szkoda, ponieważ ten film znów podzieli Polaków, a mogło być to dzieło pokoleniowe.

01:52, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2012
"Och Boże, gdyby zamieszkać na MDM-ie..."

Co zamiast popcornu jadło się w kinie Polonia? Jakie papierosy palił Józef Cyrankiewicz i gdzie była kawiarnia "Uśmiech"? Mieszkańcy osiedla MDM opowiadają o swoim dzieciństwie w głębokim PRL-u. Dzięki fundacji "Stocznia", która nagrała z nimi rozmowy, udało się stworzyć emocjonalną mapę tego osiedla.

- Na placu Zbawiciela był sklep i restauracja rybna – o miejscu, gdzie dziś jest popularny pub Plan B, opowiada pan Wojciech, muzyk z Koszykowej. - Jak umarł Breżniew, poszedłem tam leczyć kaca. W telewizji powiedzieli, że ze względu na jego śmierć, nie wolno grać i śpiewać. Tak się ucieszyłem, że zamówiłem pół litra – opowiada podekscytowany muzyk o przymusowym dniu wolnym w listopadzie 1982 roku.

Wspomnienie pana Wojciecha to tylko jedno z kilkuset, które pracownicy fundacji "Stocznia" nagrali chodząc od mieszkania do mieszkania na osiedlu MDM w 60-tą rocznicę jego otwarcia. W ten sposób powstał zbiór nostalgicznych wspomnień o Warszawie, której już nie ma. Razem tworzą projekt "Mój MDM".

Mieszkańcy tego "sztandarowego projektu socrealizmu" odpowiadają na pytanie "Jak tu się żyło?". W ten sposób powstała emocjonalna mapa osiedla.

Do kawiarni tylko z legitką

- Na naszym bloku powieszono ogromny portret Stalina, od 1 do 6 piętra. Portret przywiązano do okien tak, że w marcu nie dało się ich domknąć. Były porządne szpary. Nikomu oczywiście do głowy nie przyszło, żeby się skarżyć. Nikt nie wiedział wtedy, że to dobrze, że Stalin umarł. Podskórnie dorośli to czuli – tak pan Wojciech wspomina marzec 1953 roku.

Zebrane opowieści najczęściej mają niewiele wspólnego z tym, co można przeczytać w książkach do historii. W większości są to wspomnienia z perspektywy codzienności. Mieszkańcy MDM-u opowiadają o swoim dzieciństwie, o tym gdzie chodzili, jak się bawili i o tym co wspominają z największą sympatią.

- Tu, gdzie teraz są banki, kiedyś były kawiarnie. Tam, gdzie teraz jest "Batida", kiedyś była kawiarnia "Stylowa". Po drugiej stronie placu Konstytucji była kawiarnia "Niespodzianka". Na rogu, gdzie jest KFC była „Hawana”. Życie wtedy było spokojniejsze. Mniej zwariowane – opowiada pan Michał.

Zamiast popcornu bób

Obok "Stylowej" była również kawiarnia "Uśmiech". Wejść do niej nie mógł każdy. Trzeba było mieć legitymację Związku Młodzieży Socjalistycznej. Tam był szyk i dyskoteka. "Uśmiech" był oblegany z zewnątrz podglądaczami, którzy chcieli się dostać, ale nie mieli legitymacji. To była taka bardzo uroczysta, stalinowska kawiarnia – opowiada na jednym z nagrań pani Magdalena.

Atrakcją dostępną dla wszystkich było za to nieistniejące już kino Polonia, gdzie dziś mieści się teatr. Zamiast popcornu jadło się w czasie filmów gorący bób sprzedawany na ulicy. - Dziś zabraniają nawet sznurowadeł sprzedawać na MDM-ie. Co mi po popcornie w porównaniu do bobu? - z żalem wspomina pan Wojciech.

- Otwarcie MDM-u wyglądało jak odsłonięcie rzeźby. Pół Warszawy przyszło tu na wycieczkę. Moi rodzice wzdychali wtedy "Och, Boże, gdyby tutaj zamieszkać". To się nam wydawało marzeniem nierealnym – tak rok 1952 wspomina pani Alina, której w końcu udało się zamieszkać na MDM-ie. Mieszka tu do dziś. - Proszę pamiętać, że Warszawa wtedy, to było morze gruzu. A tutaj wszystko było różowe, zadbane – dodaje.

Cyrankiewicz palił Winstony

Dlatego na osiedlu mieszkali nie tylko robotnicy, ale i generałowie. – Przyjeżdżał do nich, a do nas na podwórko, swoim mercedesem Józef Cyrankiewicz. Winstony palił. Gdy rzucał niedopałek, trzech nas się rzucało na tego peta. Każdy chciał zapalić – opowiada pan Wojciech i dodaje: – Cyrankiewicz przyjeżdżał sam, bez obstawy. Łysy jak kolano.

Tych i innych historii z MDM-u można posłuchać na profilu "Mój MDM" w portalu społecznościowym Facebook. Oprócz tego w okolicy placu Konstytucji powieszono 25 QR Codów, dzięki temu nagrane historie audio można ściągnąć sobie na komórkę.

- Wydaliśmy też mapę, która pozwala zobaczyć MDM "oczami" mieszkańców. Jest to coś w rodzaju nostalgicznej podróży. Chcemy pokazać tę przestrzeń, jako takie miejsce, w którym się żyje, ale które jest również obciążone przeszłością socjalistyczną – mówi współtwórca projektu "Mój MDM" Jan Wiśniewski.

POSŁUCHAJ HISTORII Z MDM-u NA STRONIE "MÓJ MDM"



20:02, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2012
W "kotle czarownic" Polska z Anglią na 0:0

We wrześniu 1999 roku polska reprezentacja rozegrała pierwszy w historii mecz z Anglią w Warszawie. Stawka była olbrzymia. Zwycięzca miał zagrać w barażach o Euro 2000. Mimo, że walka była zacięta, a warszawscy kibice zgotowali Anglikom "kibicowskie piekło", udało się tylko nastraszyć takich piłkarzy jak Alan Shearer, David Beckham czy Paul Scholes.

 - Pamiętam, że David Beckham miał do kogoś z nas pretensję o faul na środku boiska. Momentalnie podbiegło do niego 3 naszych piłkarzy. Byliśmy charakterni. Szybciej byśmy "zjedli" sędziego, niż pozwolili coś zrobić naszemu piłkarzowi. Anglicy musieli nas się bać. To był jedyny sposób na wyspiarzy - tak mecz Polska - Anglia z 1999 roku w Warszawie wspomina Andrzej Juskowiak, który wtedy zagrał na stadionie przy Łazienkowskiej.

Do 2012 r. był to jedyny raz w historii, kiedy Polacy z Wyspiarzami zagrali w Warszawie. Wtedy mecz rozegrano na stadionie Legii przy Łazienkowskiej.

Krzyknął do mnie "Zamknij się!"

Stawka była nie byle jaka. Graliśmy o awans do Euro 2000 w Belgii i Holandii. We wrześniu 1999 roku do rozegrania wciąż mieliśmy dwa mecze: z Anglią w Warszawie i Szwecją w Sztokholmie. Wyspiarze grali już tylko z nami, a mieli tyle samo punktów co my. Wygrana dawała więc Polakom baraże, a remis dawał mecz ostatniej szansy w Sztokholmie. Wszystko więc było w rękach i nogach polskich piłkarzy.

- Trener Janusz Wójcik zażyczył sobie, by mecz był rozegrany w Warszawie, a nie jak początkowo ustalono w Chorzowie. W stolicy czuł się jak w domu, poza tym stadion warszawski był dla nas szczęśliwy. Bliskość kibiców bardzo nam pomagała – wspomina Tomasz Iwan, który również zagrał w tym meczu.

Właśnie ta bliskość kibiców musiała zdenerwować trenera Anglików. Kevin Keagan w pewnym momencie wyrwał mikrofon, spikerowi Wojciechowi Hadajowi, który zagrzewał w czasie tamtego meczu kibiców do fanatycznego dopingu. - Krzyknął do mnie "shut up" ("zamknij się") i oddał mikrofon sędziemu technicznemu. Był w szoku. Kiedyś 15 tys ludzi na stadionie Legii potrafiło zgotować "kibicowskie piekło". Na stadionie Narodowym 58 tys osób nie zrobi takiej atmosfery jak wtedy 8 września 1999 roku przy Łazienkowskiej – wspomina Hadaj.

Nie spodobała się flaga z Wielkopolski

Atmosfera na trybunach była wspaniała do pewnego momentu. Jeszcze przed meczem, gdy zagrano "God save the Queen", Polacy z klasą przywitali oklaskami hymn Anglii. Z czasem zaczęło się robić coraz ostrzej. W końcu na trybunach wybuchły zamieszki.

W magazynie "Nasza Legia" z 1999 roku można było przeczytać: - Najpierw klubom z tzw. "układu na reprezentacje" nie spodobały się flagi z Wielkopolski. Potem doszło do poważnej awantury pomiędzy Polakami i Anglikami. Goście zostali sprowokowani lecącymi w ich stronę racami. Ruszyli w stronę Polaków i wydawało się, że dojdzie do bezpośredniego starcia.

W kibicowskim zinie „Reprezentacja” zamieszczone były zaś wspomnienia kibica Chalsea Londyn, który przyjechał wtedy do Warszawy: - Gdy grano nasz hymn część Polaków zaczęła klaskać, my odpowiedzieliśmy gwizdami. W drugiej części meczu hooligans z Polski zaczęli rzucać w nas kamieniami, butelkami i racami.

"Fanatyczny kocioł czarownic"

Gdy na trybuny wkraczała policja, na murawie trwał zacięty mecz.

– Walka, walka i jeszcze raz walka. Poza słynnym meczem na Wembley zakończonym zwycięskim remisem 1:1 ten mecz na Łazienkowskiej w 1999 roku był najlepszy w wykonaniu Polskiej reprezentacji w historii potyczek z Anglikami – mówi Hadaj.

- Ten mecz powinniśmy wygrać. Mogliśmy przejść do historii. Szansa była bardzo duża, niestety nie wykorzystaliśmy dogodnych sytuacji – wspomina dziś Tomasz Iwan.

W końcówce meczu dobrą sytuację zmarnował m.in. Andrzej Juskowiak, który wszedł na ostatnie minuty. - Byliśmy bardzo blisko. To był wygrany mecz. Kibice ani na moment nie usiedli. Doping przypominał "fanatyczny kocioł czarownic". To się nam udzielało. Graliśmy bez respektu do Anglików wg zasady "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" – mówi Andrzej Juskowiak.

Nikomu nie udało się jednak strzelić gola. Mecz zakończył się remisem 0:0. Alan Shearer, David Beckham i Paul Scholes, gwiazdy Premier League, byli wściekli. Musieli wracać do domu i czekać na ostatni mecz w grupie Polaków ze Szwedami, który miał zdecydować o tym, kto zagra w barażach.

Miesiąc później Polakom wystarczył by remis. Niestety w Sztokholmie nasi przegrali 2:0 i po raz kolejny nie awansowaliśmy do turnieju Euro.

8 września 1999 r. - Stadion Wojska Polskiego przy Łazienkowskiej 3

Polska - Anglia 0:0

W pierwszym składzie Polski zagrali: Adam Matysek, Jacek Zieliński, Tomasz Iwan, Radosław Michalski, Krzysztof Nowak, Tomasz Wałdoch, Tomasz Kłos, Rafał Siadaczka, Mirosław Trzeciak, Radosław Gilewicz, Tomasz Hajto

Z ławki weszli: Piotr Świerczewski, Andrzej Juskowiak, Jacek Bąk

Trenerem był: Janusz Wójcik.
 
Anglicy wyszli w składzie: Nigel Martyn, Gary Neville, Stuart Pearce, Tony Adams, Martin Keown, Steve McManaman, David Beckham, Paul Scholes, David Batty, Alan Shearer, Robbie Fowler
 
Z ławki: Phil Neville, Michael Owen, Kieron Dyer
Trenerem był Kevin Keegan
20:36, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 października 2012
Na Kaukaz i z powrotem

20:08, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
statystyka