Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
czwartek, 13 września 2012
Z Warszawy do Gruzjı ı z powrotem

George wıozl mnıe swoja 25 letnıa dacıa, gdzıes mıedzy granıca rumunsko ukraınska, a mıasteczkıem Sıret. W radıu gralı Hotel Calıfornıa, a ja tlumaczczylem mojemu kıerowcy, ze choc podwıezıe mnıe ledwıe 4 km to w rzeczywıstoscı wıezıe mnıe do Gruzjı. 


To tam ostatnı raz przed 30 urodzınamı wybralem sıe na wloczege po Europıe. Plan jest prosty z Warszawy do Lwowa dojechalem autobusem, dalej do Czernıowcow pocıagıem, skad autostopem do rumunskıej Suczawy ı dalej pocıagamı do Bukaresztu ı Stambulu. Dalej jeszcze tylko 24 godzıny w autobusıe ı bede w Tbılısı ı Erewanıu. 

A poznıej z powrotem do Warszawy.

10:20, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 sierpnia 2012
Kurzawka, przestoje i wypadki na budowie metra

Słynna kurzawka, osiadający grunt, ruszające się perony a także ludzkie tragedie - to wszystko, obok pustek w kasie, przyczyniło się do opóźnień na budowie pierwszej linii metra z Kabat do Młocin.

12 lat żmudnego drążenia - tyle trwała budowa pierwszej linii metra do stacji Politechnika. Gdy w kwietniu 1983 na budowie wbito pierwszą łopatę mało kto spodziewał się, że na przeszkodzie stołecznym budowlańcom stanie nie tylko kryzys ekonomiczny i pusta miejska kasa, lecz także osiadający grunt czy podziemne jeziora.

fot. archiwum Warszawskiego Metra - lata 50. budowa metra na Pradze

 Robili podkop, zasypała ich ziemia

Pierwsza śmierć na budowie metra przydarzyła się w maju 1984 roku. Wtedy praca nie trwała 24 godzin na dobę. Nie była też dobrze strzeżona. Właśnie, dlatego, gdy robotnicy ogłaszali fajrant, budowa stawała się często placem dla zabaw i wypraw dzieci z Ursynowa.

- Rozpoczynał się czas wypraw eksploracyjnych po wykopach, pomostach, tunelach. Zwykle kończyły się one ucieczką przed stróżem – wspomina na swojej stronie ursynow.org.pl, Maciej Mazur, reporter Faktów TVN, miłośnik Ursynowa.

Jedna z tych wypraw zakończyła się jednak tragicznie.

Na ul. Hawajskiej 8 udało się przedostać wczoraj grupie dzieci w wieku od 8 do 10 lat, które następnie zaczęły się bawić w robienie podkopu. Na dzieci osunęła się ziemia - można przeczytać w "Ekspresie Wieczornym" z 1984 roku. Mimo szybkiej akcji ratunkowej nie udało się uratować 9-letniego Marcina. Więcej szczęścia miał Mariusz, który przeżył i trafił do szpitala.

To nie był jedyny tak tragiczny wypadek na budowie I linii metra.  - W czasie budowy stacji metra Świętokrzyska zginął jeden z górników. Przysypany został w tunelu przed stacją. Było to pod koniec lat 90-tych. Wagoniki dojeżdżały wtedy tylko do stacji Politechnika - wspomina ówczesny prezydent Warszawy, Marcin Święcicki.

Przyznaje również, że w tamtych czasach budowlańcy natrafiali na podziemne jeziora nieujęte w planach geologicznych. Były jednak niegroźne i nie utrudniały budowy tak, jak np. osiadający grunt.

- Gdy górnicy drążyli pod Polem Mokotowskim, osiadał grunt, na którym rosły drzewa. Przez to niektóre zwyczajnie się zapadały. To było przyczyną opóźnienia budowy tej stacji - wspomina Krzysztof Malawko, rzecznik warszawskiego metra.

Stacja "widmo"

Malawko przypomina też o "ruszającej się" stacji Słodowiec.  - Jej oddanie opóźniło się o 2 miesiące, ponieważ zauważyliśmy ruchy korpusu tunelu. Stacja minimalnie "pływała", dlatego na początku były to

perony widmo. Metro dojeżdżało tylko do Marymontu, tam pasażerowie wysiadali, a puste wagoniki zawracały na stacji Słodowiec - mówi Malawko.

Temat tabu

Jednak największe trudności napotkało metro... w latach 50-tych. Budowa ta owiana jest legendą. Komunistyczna władza zabraniała publikowania jakichkolwiek artykułów na ten temat. W różnych punktach miasta rozpoczęto wtedy próbne odwierty, a na przemysłowym Targówku - budowę tuneli.

Połączenie prawego z lewym brzegiem Wisły nigdy nie zostało skończone. Po tych planach pozostały jednak dwa głębokie, długie na półtora kilometra tunele, w których w latach 90. leżakowało wino.

- Budowę przerwano, zresztą też ze względu na napór wód gruntowych. Koszty były zbyt duże i po 1957 roku prace zarzucono. Tunele zalała woda. W budowie przeszkadzała też słynna kurzawka, czyli mieszanina piasku z wodą - opowiada Malawko.

fot. archiwum Warszawskiego Metra - lata 50. budowa metra na Pradze

Nurkowie w metrze

Po praskim metrze został jeszcze jeden fragment - duża, podziemna hala w rejonie dworca Wileńskiego. Tu miały zawracać pociągi. Pod koniec lat 90-tych, do zalanych podziemi zeszli płetwonurkowie. Sławomir Paćko z firmy Technika Podwodna miał sprawdzić, czy zalane korytarze zagrażają budowie galerii handlowej nad Dworcem Wileńskim.

Po wykonaniu ekspertyz, tunele zostały zasypane. - Postanowiono zagęścić grunt. Wpompowano tam duże ilości piachu i cementu - mówi Paćko.

VIDEO Z NURKOWANIA Z KOMENTARZEM NA TVNWARSZAWA

10:23, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Znalazł XIX-wieczny krzyż wśród śmieci

- Jest starszy niż Titanic - mówi Jacek Andrzejak, który dokonał niecodziennego odkrycia w rzece Jeziorce. Wśród pływających w niej śmieci znalazł ewangelicki krzyż żeliwny z 1883 roku. Niezwykłe znalezisko trafiło już do Muzeum Regionalnego w Piasecznie.

Butelki, parasole, piłki do tenisa, ale i stare garnki czy spłuczki - to tylko część rzeczy, jakie można znaleźć w rzece Jeziorce, która płynie 17 km od Warszawy. Jacek Andrzejak organizuje ekologiczne spływy kajakowe i próbuje na własną rękę posprzątać i udrożnić rzekę.

- Jest piękna. Obok Warszawy mamy prawdziwy skarb. Trzeba ją tylko posprzątać - mówi.

Jerzy Andrzejak ze swoim znaleziskiem - foto: Arkadiusz Strzyżewski

Krzyż starszy niż Titanic

Właśnie dlatego wcale się nie zdziwił, gdy w czasie ostatniego sprzątania rzeki trafił na prawdziwy muzealny skarb.

- To krzyż - opowiada. - Po wstępnym oczyszczeniu okazało się, że jest z grobu dwuletniego dziecka narodowości niemieckiej. Na krzyżu widać daty 1881-1883 oraz napis "Emil Boitz", wyryty czcionką gotycką - precyzuje. - Jest starszy od Titanica - śmieje się i obiecuje, że odda krzyż do Muzeum Regionalnego w Piasecznie.

Jednak nawet muzealnicy nie są pewni, skąd wśród śmieci w rzece mógł się znaleźć ewangelicki żeliwny krzyż z XIX wieku.

Gdzie jest krzyż? - foto: Arkadiusz Strzyżewski

Efekt kolonizacji Niemców?

- Przypuszczamy, że jest to konsekwencja kolonizacji Niemców w Piasecznie – mówi historyk sztuki Agata Kamińska z muzeum w Piasecznie i jednocześnie przyznaje, że będzie bardzo trudno ustalić, jakim cudem krzyż trafił do rzeki. Można tylko spekulować.

- W latach 1801-1806 do Piaseczna została sprowadzona duża grupa Niemców. Zostali tu osiedleni na terenie dzisiejszej Starej i Nowej Iwicznej, Józefosławia i Orężnej. Jednak historia tego krzyża pozostanie zagadką. To, że trafił do rzeki mogło być, efektem złego nastawienia rosyjskich władz do Niemców – mówi Kamińska.

Tym bardziej, że krzyż został znaleziony w Chylicach przy ul. Dworskiej, zaraz obok mostu. Tuż obok znajduje się kościół katolicki. – Bywało tak, że na terenie przykościelnym chowano zmarłych, ale w tamtym czasie istniał już cmentarz ewangelicki poza miastem – mówi Kamińska.

- Dziś pozostałości po cmentarzach ewangelickich są w Górze Kalwarii i w Nowej Iwicznej. Ten drugi dziś już jest katolicki. Krzyż mógł być z tych cmentarzy. Może ktoś specjalnie chciał się go pozbyć – spekuluje historyk sztuki.

Jerzy Andrzejak wyłowił krzyż - foto: Arkadiusz Strzyżewski

20:00, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 lipca 2012
"Jest takie miasto, które raz w roku się zatrzymuje"

Piszą autorzy klipu "There is a city". Filmowcy pokazują, jak wyglądała zeszłoroczna Godzina "W" w Warszawie i namawiają, by i w tym roku zatrzymać się i oddać hołd Powstańcom.

Klip "There is a City" zaczyna się niepozornie. Warszawiacy spacerują po Placu Piłsudskiego, ktoś w białej koszuli biegnie obok palmy przy rondzie de Gaulle’a, z galerii handlowej wychodzą ludzie. Typowy dzień w stolicy Polski. Tuż przed godz 17:00 warszawiacy wychodzą z pracy, robią zakupy, w pośpiechu wsiadają do autobusów, ktoś czyta list. Nagle słychać ryk syren.



fot. youtube.com/user/thereisacity

Zatrzymaj się raz w roku

Jest 1 sierpnia godz. 17:00. Ludzie wstają z ławek, odchodzą od stolików w kawiarniach, kierowcy naciskają klaksony, na "patelni" przy metrze Centrum wszyscy się zatrzymują. Ktoś odpalił racę, inny macha biało-czerwoną flagą. Życie w Warszawie zatrzymuje się na minutę, by po chwili znów wrócić do swojego normalnego tempa.

Klip "There is a City" pojawił się w sieci 30 lipca 2012 roku. Jak zapewniają jego twórcy, jest to projekt niekomercyjny, który namawia do zatrzymania się w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

"Jest takie miasto, które raz w roku się zatrzymuje" - piszą autorzy.

22:46, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2012
Iluzjon z nową salą i stylowym neonem

Na zabytkowym budynku kina Iluzjon ma pojawić się neon nawiązujący do warszawskich reklam z lat 50. Ma zabłysnąć już 4 października 2012 roku - wtedy zaplanowano ponowne otwarcie kina. W budynku zakończyły się już prace budowlane.

Widzowie w nowym Iluzjonie poczują klimat starego kina "Stolica", które kiedyś mieściło się przy Narbutta. Marmurowe posadzki, elementy drewniane czy np. zabytkowe tkaniny na ścianach zostały odrestaurowane albo odtworzone.

- Wszystko pod okiem konserwatora zabytków - podkreśla Justyna Jabłońska z Filmoteki Narodowej i zapewnia, że zakończył się już etap budowlany, a w kinie rozpocznie się zaraz wykończanie wnętrz.

Gipsowe kartusze i tkanina żakardowa

Aby wyeksponować zabytkowy charakter budynku, zadbano o renowacje boazerii i parkietu dębowego. Odtworzone będą gzymsy i gipsowe kartusze (wariacje na temat herbu Warszawy). W kinie pojawi się tkanina żakardowa "Kolumny" autorstwa Zofii Matuszczyk-Cygańskiej związanej z Spółdzielnią Artystów "Ład". To właśnie "Ład" wyposażał w meble i tkaniny warszawskie wnętrza w latach 40. i 50. Autorka zaprojektowała m.in. tkaniny w kinie Ochota, Pałacu Kazimierzowskim, PKiN, czy w Sali Malinowej Hotelu Bristol.

Jednak odnowiony Iluzjon to nie tylko pamięć o przeszłości. Teraz kino będzie podzielone na dwie sale. Duża nazywać się będzie "Stolica" a kameralna - "Mała czarna". Wykończenie tej drugiej nawiązywać będzie do współczesnych trendów w architekturze (beton architektoniczny, szkło, stal, kamień, posadzka granitowa).

- Ostatnim elementem budowy będzie montaż odtworzonej tkaniny, foteli kinowych w obu salach, czy wyposażenia kabin projekcyjnych – zapowiada Jabłońska.



Tak ma wyglądać iluzjon w listopadzie 2012 fot. mat. prasowe

Projekt neonu - fot. mat. prasowe

Wnętrze kina Iluzjon w lipcu 2012 r. fot. mat. prasowe

Marmurowa posadzka - lipiec 2012 - fot. mat. prasowe

Odnowiony dach - lipiec 2012 - fot. mat. prasowe

Neon niczym z lat 50.

Duża sala na 263 miejsca zachowa oryginalny charakter. Zyska fosę dla muzyków przed ekranem. Nowością będzie mediateka w pomieszczeniu, w którym kiedyś były kasy. Tam można będzie obejrzeć stare kroniki i fragmenty filmów.

Gratką dla wielbicieli Warszawy będzie neon, który pojawi się na budynku. Będzie stylizowany na stołeczne reklamy z lat 50. By jednak projekt Aleksandry Kot mógł zostać zrealizowany, zgodzić musi się konserwator zabytków – Nie powinno być z tym problemów – zapewnia jednak Jabłońska.

Wielkie otwarcie kina planowane jest na 4 października 2012 roku. Miałaby się wtedy odbyć kolejna edycja Święta Niemego Kina. Jak zapewniają pracownicy Filmoteki Narodowej, ceny biletów na regularne seanse będą się wahać między 13 a 17 zł.

Remont za 12 milionów

Budynek kina przy Narbutta 50a zaprojektował Mieczysław Piperek w 1948 roku. Na początku działało tam kino "Stolica", które ustąpiło miejsca Iluzjonowi w 1997 roku. Budynek, który dziś znajduje się w rejestrze zabytków, od 2008 roku należy do Filmoteki Narodowej. Modernizacja będzie kosztować 12 milionów zł. Projekt architektoniczny przebudowy opracowała pracownia Żera2Architekci.

W czasie remontu kino funkcjonowało w Bibliotece Narodowej.

Wszystkie materiały archiwalne wziąłem z informacji prasowej udostępnionej dziennikarzom

01:34, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 lipca 2012
Tu, gdzie wódka zwala z nóg, pijemy zdrowie głupich suk

 

 

15:07, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lipca 2012
Samogon z Ukraińcami, czyli historia straconego paszportu

- Domowego samogonu się napijesz? - taką propozycje złożył mi na ulicy Kijowa milicjant. Na dzień przed finałem Euro 2012 w stolicy Ukrainy przeżyłem przygodę życia. W tej historii jest jeden skradziony paszport, jedna bezradna polska ambasada, siedem osób w samochodzie osobowym i litry alkoholu z futbolem w tle. Oto Kijów, jakiego nie znacie.

Sasza kieruje w moją stronę lufę swojego plastikowego karabinu i strzela. - Trach, trach, trach – pada głucha seria strzałów w kijowskim metrze. Dostaję prosto w serce. Drzwi pociągu otwierają się i wybiegamy na peron stacji Vidubichi. Udaję, że dostałem kulkę i z uśmiechem padam na kolana. Milicjant, który stoi tuż obok, widząc tę pantomimę, puka się w czoło. Sasza posyła kolejną serię z karabinu. Tym razem w tłum ludzi na peronie. Nikt nie reaguje. Chłopak ucieka.

"Domaszny samogon" z milicjantem

Choć w rzeczywistości ranny nie jestem, czuję się paskudnie. Przyjechałem na finał Euro 2012 do Kijowa, a zamiast odliczać godziny do meczu Hiszpania - Włochy muszę szukać polskiej ambasady. Poprzedniej nocy towarzysz mojej podróży - Paweł - został okradziony podczas imprezy, na której wypiliśmy morze wódki. Stracił dosłownie wszystko. Aparaty fotograficzne, obiektywy, pieniądze, karty płatnicze, klucze do domu, paszport i portfel z dokumentami.

Dzwonię na numer alarmowy dla polskich kibiców na Ukrainie. Miła pani instruuje: - Musicie zgłosić kradzież dokumentów na milicję, a w poniedziałek po finale przyjść do wydziału konsularnego, żeby ubiegać się o paszport tymczasowy. Jeżeli kolega nie ma żadnego dokumentu, ktoś będzie musiał potwierdzić jego tożsamość - stanowczo zastrzega.

Słowo "milicja" przypomina mi radę Wasilija, przygodnie poznanego Ukraińca w Kijowie.  Poznałem go obok cerkwi św. Andrzeja. Pił piwo z bratem i zapytał czy się przysiądę. Po kilku minutach zaproponował coś mocniejszego. - A domowego samogonu się napijesz? Okazało się, że ma butelkę "domasznego" bimbru w bagażniku swojego samochodu. Długo nie musiał mnie namawiać. Wasilij kupił jeszcze kiełbasę i poszliśmy szukać auta, które było zaparkowane obok komisariatu milicji. 

Po kolejnym kieliszku powiedział: "Nie ufaj Moskalowi i uważaj na milicję". Uznałem to za żart. Tym bardziej, że Wasilij sam pochwalił się swoją milicyjną odznaką. - Jestem z Winnicy (miasto na wschodnim Podolu – przyp. red.). Dziś na urlopie. Przyjechałem do Kijowa na koncert Eltona Johna z rodziną. Na finał Euro nie zostajemy - tłumaczył i polewał samogon do kieliszków. Gdy pękło pół litra, chciał byśmy jechali do centrum jego autem. - Jest nas siedmioro. Twój brat, żona, bratanek, córka, ja i Paweł - powstrzymywałem.

- Tu jest Kijów, tu można - odpowiedział i wszyscy zapakowaliśmy się do samochodu.
Kto więcej pije? Polacy!

Kto więcej pije? Polacy!

Z alkoholem łatwo na Ukrainie przesadzić. Tym bardziej, że na hasło: "My z Polszy" prawie na pewno pojawią się kieliszki i zagrycha. Choć przyjeżdżam tu rok rocznie, nigdy nie spotkałem się ze złym słowem o Polakach. Może dlatego, że lubię z nimi pić i słuchać, co mają do powiedzenia? Zapytałem kiedyś Rusłana ze Lwowa. - Kto więcej pije: Polacy, czy Ukraińcy? - Polacy! - bez zastanowienia odpowiedział Ukrainiec.



- My nigdy nie pijemy bez jedzenia. Wam to nie przeszkadza - tłumaczył mi banalnie prostą zasadę picia na Ukrainie. Podobieństwa i różnice między naszymi narodami to mój ulubiony temat. Gdy pytałem o to młodych mieszkańców Kijowa, Sergiej w strefie kibica tłumaczył: - Wy Polacy, gdy macie problemy, potraficie się zjednoczyć. Pomagacie sobie, mimo różnic. My nie -  odpowiada.

39 euro albo zostajesz

Bardzo trudno mi w to uwierzyć w polskim wydziale konsularnym w Kijowie. Tu pani w okienku nie rozumie mojego pechowego kolegi, który tłumaczy, że skradziono mu wszystko, w tym pieniądze. - 39 euro, albo nowego paszportu nie będzie. Tak jest wszędzie - tłumaczy.
- Nie mam. Ukradli mi wszystko – powtarzał Paweł.
- Proszę wrócić z pieniędzmi i fotografią do 15.00, bo wtedy zamykamy – dodaje pani.
Pani nie rozumie, że chcemy przeżyć na Ukrainie jeszcze dwa dni, a 39 euro oddać państwu polskiemu w Warszawie. - Nie da się. Musi wam ktoś przysłać pieniądze z Polski - mówi.

Z ciężkim sercem wymienimy moją gotówkę na euro i wracamy o 14:45 do okienka. - Miałem potwierdzać tożsamość kolegi - mówię. Okazuje się to zbyteczne. Pani najwyraźniej zapomniała i uwierzyła Pawłowi na słowo, że on to on. Teoretycznie, gdybym znał kogoś dane adresowe, mógłby w polskim wydziale konsularnym dostać najlepiej podrobiony paszport na świecie. Nikt niczego nie zweryfikował. 39 euro trafiło do kasy ambasady. To było najważniejsze.

Jeżeli nie my, to kto?

Zwinęliśmy naszą polską flagę, z którą dumnie maszerowaliśmy po Kijowie i wsiedliśmy do najtańszego pociągu 3. klasy do Lwowa. Około 10-godzinna podróż pociągiem sypialnym bez przedziałów (tak zwana plackarta) nie mogła się odbyć bez kolejnych toastów za przyjaźń polsko - ukraińską. Na łóżku obok mojego jechał Witali. Miał około 60 lat, wracał do domu z Kijowa, gdzie na stadionie oglądał finał. Bilet dostał od syna. - Tyle się mówiło, że nie damy rady zorganizować tego turnieju, tych finałów. A tu proszę, udało się! - mówi wyraźnie podekscytowany. - Bo jeżeli nie my, to kto? Bo jeżeli nie teraz, to kiedy? My byśmy nie dali rady? My? Pomyśl o tym, kto mógł w to wątpić?  - pyta i kładzie się spać.

A ja czytam książkę "Dryblując przez granicę. Polsko - ukraińskie Euro 2012" (Wydawnictwo Czarne - Wołowiec 2012) . Zbiór polskich i ukraińskich tekstów o futbolu. Ukraiński pisarz - Serhij Żadan - we wstępie do niej napisał:

O nich, o zwykłych obywatelach, zazwyczaj nigdzie się nie opowiada, rzadko się o nich wspomina, nie przejmuje się ich losem. Są jak świąteczne tło, karnawałowa masa, która od czasu do czasu zagości w nagraniach agencji informacyjnych, kiedy jeden lub drugi opowie o przebiegu futbolowego święta na dalekiej, egzotycznej Ukrainie. Zwróćcie na nich uwagę, bo wokół was będą siedzieć mieszkańcy ulic, dzielnic i miast, o których prawie nic nie wiecie. Z ich poszczególnych historii, prywatnych biografii i wewnętrznych sprzeczności składa się powietrze naszego kraju

Bartosz Andrejuk - b.andrejuk(małpa)tvn.pl

ZAPRASZAM NA FANPAGE BLOGA NA FACEBOOKU

REPORTAŻ NAPISANY DLA TVN24.pl

19:39, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2012
Dziury w asfalcie odsłoniły przedwojenne szyny

Dziury w ul. Granicznej odsłoniły varsavianistyczną ciekawostkę. Pod pękniętym asfaltem zobaczyć można przedwojenne szyny. Ta mała uliczka dochodząca do placu Żelaznej Bramy, kiedyś była wielkomiejska arterią.

- Dziura w jezdni okazała się dziurą do historii. To są szyny przedwojennego tramwaju. W 1908 roku na warszawskie ulice wyjechały pierwsze elektryczne tramwaje. Aż trzy linie jeździły ul. Graniczną. Dziś mają wartość sentymentalną – opowiada Piotr Otrębski, varsavianista.

Tam, gdzie kiedyś istniała komunikacyjna arteria, dziś jest parking i park.  W miejscu, w którym rosły kiedyś wielopiętrowe kamienice teraz stoją bloki.

Tramwaje jak Orient Express

- To była bardzo ważna ulica łącząca plac Grzybowski i plac Żelaznej Bramy. Na tym drugim był najsłynniejszy targ przedwojennej Warszawy – mówi Otrębski.

Przed wojną by szybko dostać się na plac Bankowy, trzeba było złapać tramwaj jadący Graniczną. Dziś po nich zostały szczątki torów widoczne pod pękniętym asfaltem.

Królewska róg Granicznej - w kierunku Marszałkowskiej - arch. P.Otrębski

- Marszałkowska nie przechodziła przez Ogród Saski, dlatego tramwaje jeździły Graniczną. Były to prawdziwe eleganckie meble na szynach, które z upływem lat się zmieniały. Miały podział na pierwszą i drugą klasę. Tą pierwszą podróżowało się trochę jak Orient Expresem. Wykończenie było najwyższej klasy – tłumaczy Otrębski.

Pijackie orgie na Gnojnej

Jednak uważne oko dojrzy również stare szyny na ul. Twardej i placu Grzybowskim. Dlaczego więc resztki tych z Granicznej są wyjątkowe?

- Te są przedwojenne, a z Twardej powojenne. Po wojnie można było tramwajem z Królewskiej dojechać na plac Grzybowski, gdzie była pętla. Ale Graniczną po wojnie już nie jeździły. Cała siatka ulic wtedy zniknęła – wyjaśnia Otrębski.

W okolicy ul. Granicznej znajdowała się też ul. Gnojna. Legendarne dziś miejsce znane z piosenki Grzesiuka ("Nieprzespanej nocy znojnej, jeszcze mam na ustach ślad, u grubego Joska przy ulicy Gnojnej zebrał się ferajny kwiat…"). Jednak po 1902 roku została przemianowana na ul. Rynkową.

- Słynna z knajpy u grubego Joska, gdzie odbywały się bale, ale alkoholu nie sprzedawano. Mimo to mialy tam miejsce pijackie orgie. Alkohol wnoszono "za pazuchą" . Knajpa działała w latach 30. już przy ul. Rynkowej, ale pamiętano tradycje ul. Gnojnej i mówiono: "Bal na Gnojnej" – zauważa Otrębski.

VIDEO NA TVNWARSZAWA.PL

09:04, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 lipca 2012
Zasady na Ukrainie? Nie ma zasad.

Skonczylo sie na tym ze nie zdarzylem na ostatnie metro o 1:40. Wczesniej uwierzylem chyba w to, ze wiem co to jest wolnosc. Pilismy samogon z bagaznika samochodu pod posterunkiem milicji. Z okna mundurowy dal nam znac, ze mamy zniknac, wiec przeparkowalismy samochod o kilka metrow i nie bylo juz problemu. Takie sa zasady na Ukrainie - Nie ma zasad.

Pol litra peklo na czterech. Pojechalismy. Samochod prowadzila zona Witalego, ktora nie pila. W aucie bylo nas siedmioro. Takiego Kijowa jeszcze nie znalem. Otawarte okna i wiatr pod kapeluszem. Wysiedlismy w parku z widokiem na Diepr. Poszlismy do centrum.

Bylem w Ameryce, Azji, Europie i nigdzie nie poznawalem tylu ludzi, co tu na Ukrainie. Wczoraj pilem z kazym. Za przyjazn, milosc i "Prosto w sercu". Kazda osob, z ktora rozmawialem, mogla by byc odzielnym reportazem. Najlepsi powtarzali "Nie ufaj Moskalowi i uwazaj na milicje".

Gdy  wyladowalem w dyskotece mialem juz dosc. Wyszedlem i ruszylem przed siebie. Gdy zorientowalem sie ze nie mam mapy i nie wiem, gdzie jestem, zaczalem pytac o metro, ktore juz odjechalo. Mialem tylko zlotowki, zero hrywien. Polzylem sie na ulicy i zasnalem. Chcialem przeczekac do rana. Obudzili mnie  Ukraincy, ktorzy sie martwili o to, ze ktos mnie okradnie.

Poszedlem wiec do milicjantow z pytaniem czy moga mi pomoc wrocic do domu. (jest dzien przed finalem Euro!). Nie mogli i odeslali do taksowkarzy, ktorzy zaczeli sie naradzac. Za 100 zl odwioza mnie na kwatere. Zgodzilem sie. Taksowkarz wydal mi 100 hrywien i opowiadal o stadionie dziesieciolecia i latach 90 w Warszawie Kod do drzwi naszego apartamentu nie dzialal, wiec przeskoczylem przez plot. 

03:41, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 czerwca 2012
The Bartenders spotykają kolegów i powstaje video

Moja mama mówi na nas: "lotna trójka". Gdy ruszamy w rajd po mieście lepiej nie wchodź nam w drogę, jeżeli następnego dnia rano musisz pracować. My, czyli ja i koledzy. Pijemy dużo i w każdej konfiguracji, ale nie zawsze. Najczęściej w najmniej odpowiednich momentach. Taki właśnie był 18 grudnia 2011 roku. Niedziela. Idealny dzień by załadować plecak sprzętem i nagrać kolegom z grupy The Bartenders bootlega. Okazało się, że również idealny na kilka wiśniówek i piw przy barze. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, w efekcie czego po kilku toastach ktoś miał już fotel bujany na głowie, a ja nagrany fragment koncertu Bartendersów. Po ponad pół roku udało mi się wreszcie go zmontować i oto jest takie video:



01:41, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
statystyka