Kategorie: Wszystkie | Filmy | Oldies | Radio Przeciąg | Warszawskie donosy | Zdjęcia
RSS
piątek, 13 kwietnia 2012
Nie chcą smrodu z restauracji. Robi się z nich antysemitów

- Przez smród z restauracji nie da się tu żyć - skarżą się mieszkańcy luksusowego apartamentowca przy Grzybowskiej. Chcąc pozbyć się uciążliwego sąsiada zorganizowali protest i... narazili się na oskarżenia o antysemityzm, bo restauracja jest żydowska. Sprawę komplikuje jednak to, że wśród protestujących też są Żydzi.

lokatorzy apartamentów - fot. Tvnwarszawa.pl

Mieszkańcy Grzybowskiej 4 żalą się, że nieprzyjemny zapach przenika cały budynek - od pierwszego piętra po siedemnaste. - Śmierdzi. Nie da się tego wytrzymać – opowiadają i wskazują winnego - działającą na parterze restaurację Rambam.

Problem wentylacji

- Lokal nie ma właściwej instalacji wentylacyjnej. Wentylacja, która jest w restauracji, jest nielegalnie podłączona do wentylacji budynku, dlatego smród rozprowadza się po szybach windowych, klatkach i tak trafia do mieszkań – mówi Monika Kwiatkowska, mieszkanka apartamentowca.

Informacje, o tym, że lokal nie ma odpowiedniej wentylacji dla lokalu gastronomicznego,  potwierdza Dom Development SA, który sprzedaje wciąż dostępne w budynku mieszkania. Lokal, w którym znajduje się restauracja kupiła od niego firma Sandra. – Klient został poinformowany, że jego lokal nie jest przystosowany do prowadzenia restauracji – mówi Radosław Bieliński z Dom Development SA. Mimo to, nie przeszkodziło to firmie Sandra wynająć lokalu restauracji Rambam.

Restaurator jest jednak przekonany, że mieszkańcy się na niego uwzięli - W restauracji istnieją trzy rodzaje wentylacji. Będzie zamontowana czwarta, która kosztować mnie będzie mnóstwo pieniędzy. Mógłbym zamontować tańszą, podłączyć ją do komina, ale na to nie zgadza się wspólnota – denerwuje się David Sosntzky, który prowadzi Ramabam. Protesty wiąże z tym, że do lokalu zaczęli przychodzić ortodoksyjni Żydzi i oskarża mieszkańców bloku o antysemityzm.

Żyd antysemita?

Według proetstujących, to oskarżenia absurdalne: - Przecież wśród lokatorów też są Żydzi - zwracają uwagę i jako nieformalnego rzecznika, wystawiają Lejba Fogelmana: - To nie jest kwestia rasizmu. Tu po prostu śmierdzi - ocenia znany prawnik i dopytuje: - Jak pan jedzie pijany i pana zatrzymają, a pan jest Żydem, to to też jest antysemityzm? Tego typu oświadczenia są ohydne. Ta restauracja jest źle zbudowana i zanieczyszcza powietrze. Mówiąc potocznie - cuchnie.

Restaurator nie ma szans mu odpowiedzieć. Protest zorganizowano w święto Paschy: - Nie będę mógł wystąpić przed kamerą - zastrzega dzień wcześniej w telefonicznej rozmowie.

Uwaga na żydowskie święta

Z tego samego powodu nie mamy szans stwierdzić, czy w budynku rzeczwiście śmierdzi. Reaturacja jest tego dnia zamknięta. Czy lokatorzy celowo wybrali taki termin na protest? - Oczywiście, że nie!  Możecie przyjść i sprawdzić to kiedy restuaracja będzie działać - zapewniają mieszkańcy Grzybowskiej i tłumaczą, że 12 kwietnia wybrali dlatego, że tego dnia w restauracji miała pojawić się Powiatową Inspekcje Nadzoru Budowlanego.

Urzędnicy przyszli i "pocałowali klamkę": - To tak jakby w Boże Narodzenie kontrolować lokal prowadzony przez katolików. Pisaliśmy urzędnikom, że lokal będzie zamknięty, a jednak kolejny raz przychodzą, gdy kontrola jest niemożliwa – irytują się mieszkańcy.

To duży problem, ponieważ gdy kuchnia w restauracji nie pracuje, smród z budynku znika. Dlaczego więc urzędnicy wybierają daty inspekcji tak, by lokal nie mógł być skontrolowany?

- Zapewne wystraszyli się oskarżenia o antysemityzm - podejrzewa Fogelman

Urzędniczka z PINB nie znalazła lepszego wytłumaczenia: - Dla mnie lokal powinien być otwarty – oceniła. Dopytana o to co będzie robić, gdy restauracja jest zamknięta, a zapachu nie ma, mówi – Chciałabym sprawdzić.

Urzędniczka jak obiecała, tak zrobiła i ruszała na 17. piętro. A tam? Smrodu nie stwierdzono. Pani zrobiła zdjęcie korytarzowi i zapowiedziała kolejną wizytę. Kiedy? Tego nie określilła. Oby po 14 kwietnia, bo wtedy kończy się pascha.

VIDEO NA TVNWARSZAWA.PL

13:01, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2012
"W pewnym momencie musisz to robić"

Miałem kiedyś przyjemność zrealizować video zapowiedź Pierwszej Polskiej Aukcji Street Artu, która odbyła się 15 marca 2011 roku w Galerii Senatorska. Wyszło to właśnie tak:

 

23:22, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Niezwykłe zdjęcia Warszawy z lat 50. i 60.

Spacerowała ulicami Warszawy lat powojennych i fotografowała gruzowiska, ale i tętniące życiem podwórka. - Szukała pięknych widoków w zniszczonej Warszawie – mówi Joanna Łuba-Wróblewska, kuratorka wystawy "Warszawski Ferment". Wernisaż zdjęć - Ireny Jarosińskiej, jednej z pierwszych powojennych polskich fotoreporterek - 11 kwietnia w Domu Spotkań z Historią.

fot. ruiny kamienicy przy ul. Grzybowskiej - fot. Irena Jarosińska/ Ośrodek KARTA

fot. Irena Jarosińska/ Ośrodek KARTA

- Irena Jarosińska w pierwszej kolejności była artystką, dopiero w drugiej fotografem. Jej zdjęcia publikowane były przez najlepsze powojenne czasopisma ilustrowane - mówi kuratorka wystawy Joanna Łuba Wróblewska z ośrodka KARTA.

Na wystawie "Warszawski Ferment" zobaczymy jednak także te fotografie, które robiła w swoim prywatnym czasie.

Lśniące logo nad gruzowiskiem 

Ze zdjęć Jarosińskiej wyłania się obraz okaleczonej przez wojnę Warszawy. Nad ruinami miasta góruje nowe lśniące "logo" stolicy - Pałac Kultury. Wraz z Jarosińską zaglądamy do stołecznych podwórek. Te choć pełne gruzu, tętniły życiem.

- Artystka szukała piękna, dopiero potem dokumentowała rzeczywistość – mówi Łuba-Wróblewska.

Jednak tytułowy "ferment" dotyczy głównie artystycznej bohemy Warszawy lat 50. i 60. Jarosińska bacznie się jej przyglądała - Fotografowała wydarzenia, których była uczestnikiem – mówi kuratorka wystawy.

fot. Wernisaż Bohdana Załęskiego. Galeria Foksal - fot. Irena Jarosińska /Ośrodek KARTA

Miron Białoszewski - fot. Irena Jarosińska /Ośrodek KARTA

W oparach dymu artystycznej bohemy

Dzięki temu na jej zdjęciach widzimy dramatopisarza Sławomira Mrożka, czy malarza Henryka Stażewskiego. Pojawia się Miron Białoszewski i jego eksperymentalny Teatr na Tarczyńskiej.

- Istniał w dwóch prywatnych mieszkaniach. Ludzie się tłoczyli by oglądać eksperymentalny teatr. Jarosińska bywała też w Galerii Krzywe Koło, która pokazywała sztukę nowoczesną. Na wernisaże przychodziło tam około 50 osób. To było zamknięte środowisko, które zostało sportretowane przez fotoreporterkę – mówi Joanna Łuba-Wróblewska i tłumaczy, że dorobek Jarosińskiej jest opracowywany od lat. - Artystka, choć uznana, dziś jest praktycznie zapomniana – mówi.

Wystawa "Warszawski Ferment" jest również realizacją, niezrealizowanego pomysłu samej Ireny Jarosińskiej, która w połowie lat 90. pracowała nad wystawą "Warszawa – ludzie i miasto, 1945-1989". Po jej śmierci jednak upadł nie tylko sam pomysł, ale i zginęły zdjęcia, które szczęśliwie odnalazły się na strychu pracowni artystki. Teraz część z nich zobaczyć będzie można 11 kwietnia w Domu Spotkań z Historią.

Bartosz Andrejuk

Rynek Starego Miasta - fot. Irena Jarosińska /Ośrodek KARTA

Lata 50. Widok z okna autorki przy dawnej ul. Świerczewskiego 61 (dziś Aleja Solidarności) fot. Irena Jarosińska /Ośrodek KARTA

Irena Jarosińska (1924–1996) rozpoczęła pracę zawodową w 1950 roku. Pracowała dla najważniejszych czasopism ilustrowanych – „Świata” i „Polski”, gdzie jej fotoreportaże były często samodzielnymi opowieściami o rzeczywistości PRL. Prywatnie dużą część twórczości poświęciła fotografowaniu środowiska artystycznego, z którym była związana. Portretowała znajdujących się poza oficjalnym obiegiem kulturalnym malarzy, poetów, krytyków literackich, fotografów i muzyków. W kameralnych przestrzeniach i prywatnych mieszkaniach uczestniczyła w spotkaniach i dyskusjach, które dawały nieustanne impulsy do wymiany myśli, wzajemnych inspiracji, kreowania nowych idei i trendów w kulturze. Jej fotografowanie nie było stricte dokumentacją wydarzeń, ale integralną częścią życia intelektualistów

"Warszawski Ferment"

11 kwietnia - godz. 18:00

Dom Spotakń z Historią, ul. Karowa 20

Wystawa czynna do 30 czerwca. Wstęp darmowy

18:01, jeanvaljean
Link Komentarze (7) »
środa, 04 kwietnia 2012
Kiedy w Warszawie NA PEWNO będzie wiosna?

"Napiszesz mi pogodę?" - to chyba najnudniejsze zadanie do wykonania na dyżurze dla każdego, tak zwanego, newsmana. No, bo jak tu oryginalnie podejść do tematu? Wiosna miała być, a jej nie ma. Koniec, kropka. Człowiek odlicza dni do 21 marca, a potem nagle w środku kwietnia przychodzi śnieżyca. Jak mówi mój kolega: "Nienawiść do opadów, tak mnie wychowano". W tej kwestii jestem radykałem. "Precz z białym gównem" - z takim transparentem mógłbym się pojawić na manifie przeciw zbyt długiej ziemie. Co jednak z tego wynika? Oszukał mnie kalendarz, oszukały prognozy (sic), więc zastanowić się trzeba, co w temacie pogody jest pewnym, najpewniejszym, źródłem informacji?

Kiedy wiosna NA PEWNO będzie w Warszawie?

1. Nadejdzie taki moment, że na Placu Zbawiciela pojawiają się ludzie pijący z czerwonych kubków (niby) coca-colę. To będzie dzień, kiedy zamawiając piwo przy barze w Planie B, barman zapyta mnie: "Na zewnątrz, czy w środku?" Gdy odpowiem, że "Na zewnątrz", dostanę piwo w papierowym czerwonym kubku po coli, z którym wyjdę na zewnątrz i będę gapił się na najpiękniejszy plac w stolicy. 

Wtedy na pewno będzie wiosna, a na schodach wciąż Frank Lampard is overweighted.



2. Paraliż Band śpiewa "Wiosną znów zakocham się w niewłaściwej kobiecie". A gdzie najłatwiej niewłaściwie się zakochać? Wiadomo, że na wiosennych koncertach. To tam będzie dużo studentek, piwa nie zabraknie, a Kazik zaśpiewa "Na głowie, kwietny ma wianek". W maju kampus UW równiutko przykryje się pustymi kubkami po piwie, a ze sceny będzie słychać „to studenci wolni, armia papieża”.

Wtedy na pewno będzie wiosna, a na na mieście rum i raga.



3. Pamiętacie stare zielone fotele w kinie Iluzjon przy Narbutta? Wyjście z kina obok siedzeń, często było otwarte. Nikt ich nie pilnował, dlatego często kupowałem bilet na jeden seans, a zostawałem na dwa. Zaletą tego kina było też to, że czasami na sali było zaledwie kilka osób. Nikomu więc nie przeszkadzało, że ktoś siedzący przy wyjściu zapalił papierosa i rozwalił się w fotelu oglądając czarno-biały film.

Wtedy na pewno była wiosna, a ja rzucałem palenie.

4. Co roku nadchodzi taki dzień, że około 8:45 rano można spotkać na boiskach przy Agrykoli warszawską straż pożarną grającą w siatkówkę. Po drugiej stronie ulicy przy wejściu do Łazienek stoi wóz straży miejskiej, w którym mundurowi ucinają sobie poranną drzemkę po nocnym dyżurze. W tym czasie górscy rowerzyści trenują podjazdy i zjazdy stromą ulicą. W czasie mojego spaceru w dół Agrykolą do pracy, okrążają mnie zawsze kilka razy.

Wtedy na pewno będzie wiosna, a ja znów zaplanuję, że będę grał w kosza.



5. Lewy brzeg Wisły nagle zaczynie przyciągać. Droga z ul. Szwoleżerów do metra Politechnika, niespodziewanie wytyczona będzie przez Powiśle. Wtedy serce zaciągnie mnie w okolice Dobrej 33/35, a wzrok w stronę Buwu, gdzie studentki wychodzą na papierosa i można je poprosić o ogień. W tygodniu przed 16:00 fajnie będzie w Warszawie Powiśle, bo nikogo prawie wtedy tam nie będzie. Walnę więc 50-tkę wiśniówki "z cytryną jak do tequili" przy barze i to nie będzie mi szkodzić. Obok mostu Świętokrzyskiego zawiśnie huśtawka.

Wtedy będzie wiosna.

01:54, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Jeszcze o warszawskim "koloseum"

Z dachu starego zbiornika warszawskiej gazowni można zobaczyć nitki podmiejskich pociągów. W środku jest tak cicho, że stojąc na szczycie można usłyszeć furkot skrzydeł gołębi chodzących po dnie. Stołeczne "koloseum" mogłoby być jedną z największych atrakcji miasta. Obecnie jest jedynie zbytkiem, który niszczeje.

Zza drutów kolczastych malowniczo wyłaniają się dwie rotundy. XIX-wieczna gazownia przy ul. Prądzyńskiego to zabytek, którego architektura zapiera dech. Nic dziwnego - to jeden z najcenniejszych kompleksów przemysłowych w Warszawie. Monumentalne obiekty, przypominające rzymskie koloseum, doskonale widoczne są z okien pociągów wjeżdżających do stolicy.

- Dlaczego są tak cenne? Po pierwsze w dosyć dobrym stanie przetrwały drugą wojnę światową i nie straciły swojego charakteru. Należały do Niemieckiego Kontynentalnego Towarzystwa Gazowego z Dessau. Była to już druga warszawska gazownia. Trzeba pamiętać, że lata 80. XIX wieku to czas, kiedy stolica oświetlana była wyłącznie gazem -  mówi Piotr Otrębski, varsavianista.

I dodaje: - Te obiekty powinny być ogólnie dostępne.

Gazownia jak z Paryża

Na to na razie się nie zanosi. Mimo, że roztacza się z nich wspaniała panorama zachodniej części miasta, od lat niszczeją. A przecież miały "swoje pięć minut". Filip Bajon pod koniec lat 70. tak zachwycił się rotundami, że w filmie "Aria dla Atlety" jedna z nich "zagrała" arenę dla zapaśników. Nakręcono tu scenę walki na Mistrzostwach Świata.

Od tego czasu dużo się jednak zmieniło. Powybijane szyby w oknach straszą, a deski w podłodze pękają pod stopami. Wewnątrz panuje idealna cisza, która nawet w dzień tworzy klimat rodem z horroru. Niestety, wciąż nie udało się wcielić w życie żadnego z planów zagospodarowania tego miejsca. A było ich wiele.

- Obiekt jest bardzo trudny do adaptacji. Byłoby to bardzo kosztowne, dlatego też wszystkie projekty pozostały w sferze niezrealizowanych planów. Właściciel musiałby pozyskać inwestora strategicznego - wyjaśnia Ewa Nekanda- Trepka, stołeczny konserwator zabytków.

Nawet Wajda nie pomógł

To jeszcze żadnemu właścicielowi się nie udało. Fundacja "Warszawa Walczy", która dostała rotundy od prezydenta miasta Marcina Święcickiego, chciała by powstało tu Muzeum Powstania Warszawskiego. W pomysł zaangażował się Andrzej Wajda. Wewnątrz rotundy miała stanąć warszawska kamienica. Widzowie mieli krążyć wokół niej i oglądać sceny rodzajowe z walczącej Warszawy

Pomysłu jednak nie udało się wcielić w życie, a fundacja sprzedała zbiorniki Marcinowi Biernackiemu. Biznesmen miał budować tu lofty i biura. Powstały nawet wstępne wizualizacje, które zakładały budowę dodatkowego budynku na miejscu, w którym miał stać trzeci zbiornik. Ten plan również się nie ziścił. Z nim samym, mimo kilkakrotnych prób, nie udało się nam skontaktować.

Udało się w Wiedniu

Choć adaptacja pofabrycznych terenów jest trudna, są miejsca na świecie, gdzie to się udało. Bardzo podobny do warszawskiego kompleks istnieje w Wiedniu. W połowie lat 90. władze miasta ogłosiły konkurs na zagospodarowanie tamtejszej starej gazowni. Prace przy każdym zbiorniku nadzorował inny architekt. Efekt okazał się imponujący. Na najwyższych piętrach powstały mieszkania, a pod nimi biura, na samym dole centrum handlowe, połączone szklanymi kładkami. Cały kompleks okazał się sukcesem komercyjnym i społecznym. Powstała nowa dzielnica, która żyje całą dobę.

Warszawskie Czyste wciąż czeka na swoją szansę. Plan miejscowego zagospodarowania opracowywany jest od 2004 roku.

Bartosz Andrejuk i (część wiedeńska) Karol Kobos - Tekst opublikowany na TVNWARSZAWA.PL

Wiedeńska gazownia - fot. Wikipedia /Andreas Poeschek/CC BY-SA

Wiedeńska gazownia - fot. Wikipedia /Andreas Poeschek/CC BY-SA

Wiedeńska gazownia - fot. Wikipedia /Andreas Poeschek/CC BY-SA

Wiedeńska gazownia - fot. Wikipedia /Andreas Poeschek/CC BY-SA

18:23, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Zdjęcia, których nie było

Pierwsze zdjęcie na kliszy jest jak spotkanie ze starą miłością. Niby nic nie znaczy, a jednak budzi dreszcz. Trzeba je "pstryknąć", by kolejne były kiedyś możliwe. Właśnie dlatego ta pierwsza klatka (sic) na rolce jest jednocześnie tak bez sensu i tak ważna. Zrobiona z obowiązku, byle szybciej "i tak przecież nie wyjdzie", otwiera jednak całkiem nowy rozdział w kartotece, folder na pulpicie, krzyżyk w kalendarzu. W ten sposób powstaje skrawek rzeczywistości, której tak naprawdę nie ma. Niby w połowie jest nowa, jednocześnie jest już stracona, niby nadal kochana, a jednak dawno niechciana i zniszczona.

01:43, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Las zielonych gałązek: wyjątkowa procesja

Bukszpan, bazie, suszone kwiaty – z nich najczęściej tworzy się świąteczne palemki. Inaczej jest u ojców Paulinów na Nowym Mieście – opowiada Darek Malejonek, wokalista zespołu Maleo Reggae Rockers, którego spotkaliśmy w zielonym pochodzie z palmą na Nowym Mieście.

- Ludzie pytają: "Skąd te palmy? Gdzie je można kupić?" – mówi Darek Malejonek, lider zespołu Maleo Reggae Rockers. Zdziwienie przechodniów nie jest dla niego zaskoczeniem. Parafianie ojców Paulinów na Nowym Mieście w niezwykły sposób upamiętniają triumfalny wjazd Chrystusa do Jerozolimy.

Specjalnie przywiezione z Włoch

Zamiast kolorowych palemek wierni niosą gałęzie prawdziwej palmy. - Są przywiezione specjalnie na to święto z Włoch - mówi Malejonek, którego spotkaliśmy z zielona gałązką przed kościołem przy ul. Długiej.

- Cała tutejsza liturgia niedzieli palmowej u ojców Paulinów zaczyna się na rynku Nowego Miasta i idziemy, razem z biskupem, w procesji z tymi palmami. Po liturgii w kościele ludzie rozchodzą się do domów z gałązkami - opowiada muzyk.

Niedziela Palmowa w kościele

Uroczystości Niedzieli Palmowej to pamiątka uroczystego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy pięć dni przed jego ukrzyżowaniem.

VIDEO NA STRONIE TVNWARSZAWA.PL

19:01, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 marca 2012

Jeśli zapomnieliście o Dobrej po zamknięciu Jadłodajni, oni chcą Wam o tej ulicy przypomnieć, ale - dla odmiany - nie nocnymi imprezami. Dwie kawiarnie, studio tatuażu, pracownia ceramiczna, kino, a nawet stolarnia, powstają w budynku z lat 30. – Będzie to miejsce idealne do odpoczynku i pracy – zapowiadają twórcy artystycznego podwórka przy ul. Dobrej 14.


- Czy będzie tu przytułek dla dzieci? – takie było podejrzliwe pierwsze pytanie wspólnoty mieszkaniowej do twórców nowego miejsca kulturalnego w podwórku przy Dobrej 14. Młodzi zapaleńcy jednak nie przejęli się chłodnym przyjęciem. Od kilku miesięcy siłą własnych mięśni i portfeli (niektórzy wzięli kredyty bankowe) tworzą „Dobrą Dobrą”.

"Tworzyć, nie imprezować"

Czy będzie to nowe podwórko w stylu tego przy Dobrej 33/35, gdzie działała między innymi Jadłodajnia Filozoficzna?

- Wiele osób nas o to pyta. Nie, nie będzie to druga Jadłodajnia. Nie nastawiamy się na życie nocne, chcemy funkcjonować w dzień. Chcemy tworzyć, a nie imprezować – tłumaczy Iga Sekuła, jedna z twórczyń „Dobrej Dobrej”.

Mieszkanie jak w PRL-u

Plan jest taki, by w jednopiętrowym budynku z lat 30. (przed wojną działa tu stajnia), na ponad 800 metrach kwadratowych stworzyć miejsce idealne zarówno do odpoczynku, jak i pracy. Powstaną małe kino, tatuażownia, pracownia biżuterii, sitodruku, ceramiczna i stolarnia. Do tego dwie kawiarnie – "Wars&Sawa" i "Bardzo Dobra". Ta druga ma być idealnie odwzorowanym PRL-owskim mieszkaniem

- Prowadzę z tatą również skup złomu, więc mam dostęp do prawdziwych perełek. Nie mówię "komuno wróć", ale z nostalgią wspominam dzieciństwo. Wystrój nie będzie zrobiony z zamienników przypominających PRL, ale z oryginalnych starych rzeczy. Nie zabraknie słuchowisk radiowych, dobrego jazzu i muzyki poważnej – mówi Rafał Puderecki, twórca „Bardzo Dobrej”, która powstanie na pięterku kamienicy.

W planach jest również organizowanie małych koncertów akustycznych i targowisk rękodzielniczych. W końcu miejsce ma być pełne artystów rzemieślników.

Start przed wakacjami

- Chcielibyśmy stworzyć miejsce, gdzie furczeć będzie twórczość. Pracowania stolarska będzie otwarta, każdy będzie mógł przyjść, wynająć narzędzia i zrobić z nasza pomocą wszystko, co mu się wymarzy – opowiada Łukasz Perkowski, który w trakcie rozmowy heblował własnoręcznie zrobione drzwi do stolarni.

Budynek, w którym powstanie „Dobra Dobra”, młodzi twórcy wydzierżawili  od Akademii Muzycznej. Umowa obowiązuje do 2014 roku. Na podwórku przy Dobrej 14 w przyszłości powstać ma nowy gmach uczelni. - Zanim jednak inwestorzy znajdą pieniądze, dano nam szansę, by coś tu zrobić – wyjaśnia Michał Kołyga, jeden z twórców i zaprasza na otwarcie w maju.

VIDEO NA TVNWARSZAWA.PL

10:05, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012
Widok z warszawskiej gazowni na podmiejskie pociągi

 

 

00:26, jeanvaljean
Link Komentarze (1) »
środa, 28 marca 2012
Koncert na dwa squaty

Jedni debatują z wiceprezydentem, drudzy wyczekują na wyniki rozmów w miejskim lokalu przy ulicy Skorupki. Jeszcze inni wciąż okupują prywatne budynki przy Elbląskiej. Stołeczni squattersi ostatnio wyjątkowo absorbują uwagę urzędników, policji i mediów. Przy okazji dając do rozwiązania trudną łamigłówkę.

Budynki przy Elbląskiej i Skorupki okupują dwie różne grupy squattersów, przez nich samych zwane kolektywami. Działają oddzielnie, ale znają się i wspierają. Ich sytuacja jest o tyle różna, że Elba działa w budynkach prywatnych.

Siła czy argumenty?

Przychodnia powstała w poniedziałek, w proteście przeciwko likwidacji Elby. Jednak w przeciwieństwie do squatu przy Elbląskiej, squattersi z Przychodni zajęli lokal miejski. Tym razem nauczeni doświadczeniem urzędnicy szybko wycofali wezwaną na miejsce policję: - Zamiast argumentu siły, spróbujemy użyć siły argumentów - zapowiedział burmistrz Śródmieścia, Wojciech Bartelski. To wyraźna zmiana frontu, bo gdy 16 marca policja bezceremonialnie traktowała nielegalnych lokatorów Elby gazem, urzędnikom argument siły wydawał się wystarczający. - Takie miejsca są niebezpieczne. Wypiją, zapalą, od tego robi się pożar - lekceważąco wypowiadała się o squattersach Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Porozumienie na horyzoncie?

Wtedy miasto formalnie nie było stroną konfliktu. Zajęta przez nowy kolektyw przychodnia jest jednak budynkiem miejskim. Dlatego tym razem urzędnicy siedli ze squattersami do negocjacji. Zamiast zasłaniać się kodeksem karnym i sięgnąć po najprostsze środki, spróbowali wskazać młodym ludziom, jak mogą robić niemal to samo, tylko legalnie.

Za sukces trzeba uznać już to, że obie strony uznały, że warto siąść do kolejnej tury rozmów. Stronom porozumieć się jednak niełatwo. Z jednej strony urzędnikom (i zdecydowanej większości internautów) trudno pojąć, jak ktoś może lekceważyć prawo własności. Niełatwo też jednak wytłumaczyć, dlaczego tysiące pustostanów mają się marnować, gdy są chętni by z nich korzystać: - Ja jestem prostym polonistą, a nie prawnikiem. Nie chcę rozstrzygać takich kwestii - ocenił wiceprezydent Włodzimierz Paszyński.

Strony zgodziły się jednak, że wspólnie poszukają budynku, w którym Przychodnia mogła by mieszkać legalnie.

Obraz squattersa czy stereotyp?

Obserwacja tego jak przebiega ta współpraca może być ciekawa. Squattersi z Elby wkładają sporo pracy, by udowodnić, że przywołany przez prezydent obraz to stereotyp. Gdy podejść z kamerą grają w szachy, pokazują zdbudowaną własnymi siłami ściankę wspinaczkową, czy skatepark. Kiedy około 8.00 próbowaliśmy sprawdzić, na co mogą być narażone dzieci z pobliskiej szkoły, Przychodnia jeszcze spała.

Problem w tym, że choć może nie ćpają i nie piją więcej niż bywalcy modnych stołecznych klubów, to już o pozwolenia na sprzedaż alkoholu starać się nie zamierzają. A piwo na squatterskich imprezach można kupić za kilka złotych.

Urzędnikom na takie zachowania trudno będzie przymknąć oko. Nie chcąc sformalizować swojej działalności, squattersi zawsze będą na przegranej pozycji. Świadomie ignorują prawo, a ono będzie działać przeciwko nim. Choć zwykle wiedzą, że squat to coś tymczasowego, rzadko poddają się bez walki. Tak było w przypadku Elby.

Dni Elby są policzone

Kiedy jedni squattersi dyskutowali z wiceprezydentem, drudzy właśnie barykadowali się w Elbie, unikając przyjęcia niewygodnych dokumentów. Wynika z nich, że przebywanie na tym terenie może  być groźne dla życia.

- Dziś dostaliśmy pismo, w którym inspektor, pod rygorem natychmiastowej wykonalności, zarządził zabezpieczenie budynku, który w jego opinii nie nadaje się do użytku. Mówiąc inaczej, mamy "zabić okna dechami" – mówi Maria Rochowicz ze Stora Enso Poland, która jest właścicielem terenu przy Elbląskiej 9/11.

Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego informuje, że Elbląską sprawdzał już wcześniej, a teraz jedynie przypommniał o swoich ustaleniach: - W ubiegłym roku trafiły do nas informacje od straży pożarnej o złym stanie budynków. Skontrolowaliśmy je i zostały wyłączone z użytkowania. Teraz dostaliśmy telefonicznie informacje, prawdopodobnie od właściciela, że znów są użytkowane, a nie powinny - tłumaczy Andrzej Kłosowski dyrektor PINB.

Pismo próbował przekazać squattersom pracownik wynajętej przez Stora Enso agencji PR. Nie został jednak wpuszczony na teren budynku.

"Elbląska kradła prąd"

Stora Enso wskazuje jednak, że zastrzeżenia do Elby ma nie tylko PINB. 16 marca jej okolice zbadało pogotowie elektroenergetyczne: – Dostaliśmy informacje od policji, że na terenie posesji przy Elbląskiej jest nielegalnie pobierany prąd. Nasi eksperci, którzy przybyli na miejsce, potwierdzili to. Kabel został odłączony – mówi Anna Warchoł z biura prasowego RWE Polska

Na dowód tego Maria Rochowicz z przesyła zdjęcia "dzikiego kabla" z Elby.

- Zdjęcia kabli niczego nie udowadniają. Nigdy nie kradliśmy prądu, zwasze używaliśmy agregatów na benzynę. Nasłali na nas nadzór budowlany by nas wykurzyć. W ten sposób, chcą nas zastraszyć. My jednak nigdzie się nie wybieramy. Elba zostaje – zapewnia Kasia Kowalska z Kolektywu Elba.

O to będzie jednak trudno, bo - i tak wątpliwe - racje squatu są coraz słabsze. Nie będą mogli już np. powiedzieć, że nikt  nawet nie próbował z nimi porozmawiać. W poniedziałek przedstawiciele firmy Stora Enso, w obecności radnego Krystiana Legierskiego, spotkali się z mieszkańcami Elby i rozmawiali o przyszłości.

- Oczekiwaliśmy deklaracji, kiedy mogą się wyprowadzić. Stwierdzili, że potrzebują nawet roku. To jest nie do przyjęcia. Nie dostaliśmy żadnej deklaracji, że squattersi opuszczą teren. Dlatego dalsze spotkania z nimi nie mają według mnie sensu. Właściciel posesji jest bezradny. Dziki lokator jest nieuchwytny – opowiada Rochowicz.

Zapewnia równocześnie, że jej firma nie dąży do eskalacji. Oferuje pomoc w transporcie rzeczy i przekonuje, że ten konflikt musi się wreszcie zakończyć odzyskaniem terenu. - My płacimy podatki za ten grunt. Ponad 300 tysięcy zł rocznie – zwraca uwagę.

TEKST NA TVNWARSZAWA.PL



10:51, jeanvaljean
Link Dodaj komentarz »
statystyka